Jedna lekcja, trzy przedmioty. Jak zrobić mały projekt interdyscyplinarny bez przewracania planu do góry nogami?

Kiedy w rozmowach o Reformie26 pojawia się interdyscyplinarność, nauczanie modułowe, doświadczenia edukacyjne i praca projektowa, nauczyciel może mieć dwie reakcje. Pierwsza brzmi: świetnie, wreszcie trochę więcej uczenia przez działanie. Druga pojawia się zaraz po niej: kiedy właściwie mam to wszystko przygotować? Bo słowo „projekt” nadal wielu z nas kojarzy się z przedsięwzięciem na kilka tygodni, drukowaniem materiałów, zbieraniem pudełek, wielką prezentacją i próbą znalezienia miejsca w planie, który już teraz jest wypełniony po brzegi.

Tymczasem szczególnie w klasach I–III interdyscyplinarność naprawdę nie wymaga rewolucji. W edukacji wczesnoszkolnej od dawna pracujemy przecież w sposób zintegrowany. Jednego dnia dziecko czyta tekst o jesieni, liczy kasztany, obserwuje zmiany w przyrodzie i wykonuje pracę plastyczną. Różnica polega raczej na tym, żeby jeszcze częściej nie traktować tych aktywności jak czterech osobnych zadań, lecz połączyć je jednym problemem, pytaniem albo konkretnym celem. Nowe kierunki pracy mocniej akcentują łączenie treści, praktyczne doświadczenia uczniów i wykorzystywanie zdobywanej wiedzy w sytuacjach, które mają dla dziecka sens.

Dla mnie najprostszy mały projekt zaczyna się nie od pytania: „Jakie trzy edukacje dzisiaj połączę?”, tylko od zwyczajnego problemu. Jeśli dzieci mają zaplanować klasowy kiermasz, język polski, matematyka i edukacja społeczna pojawią się właściwie same. Trzeba nazwać produkty, przygotować krótką informację, ustalić ceny, policzyć pieniądze, zastanowić się nad wydawaniem reszty i porozmawiać o tym, na co można przeznaczyć zebrane środki. Dziecko nie przechodzi wtedy w głowie z „polskiego” na „matematykę”. Ma zadanie do wykonania i sięga po różne umiejętności dlatego, że są mu potrzebne.

Właśnie w tym widzę największą wartość małych projektów. W tradycyjnym ćwiczeniu dziecko często wykonuje umiejętność dlatego, że nauczyciel powiedział, że dziś ją ćwiczymy. W projekcie pojawia się powód. Trzeba coś przeczytać, bo bez tego nie zdobędziemy potrzebnej informacji. Trzeba zmierzyć, bo inaczej nie wiemy, czy konstrukcja się zmieści. Trzeba coś policzyć, bo mamy ograniczony budżet. Trzeba napisać kilka zdań, bo ktoś inny ma zrozumieć nasz pomysł. Wiedza przestaje być osobnym ćwiczeniem, a zaczyna być narzędziem.

Nie potrzeba do tego całego dnia. Dobre zadanie interdyscyplinarne może zmieścić się w jednej lekcji. Ja zaczęłabym od kilku minut na przedstawienie problemu, później dała dzieciom czas na pracę i zostawiła końcówkę zajęć na pokazanie rozwiązań oraz krótką rozmowę o tym, co się udało. Nie chodzi o pilnowanie stopera co do minuty, tylko o ograniczenie rozmachu. Jeśli produkt końcowy ma być czymś, co dziecko może przygotować w pół godziny, nauczyciel nie wpadnie w pułapkę projektu, którego nie da się skończyć przez kolejne trzy dni.

Weźmy bardzo prosty przykład: „Zaplanujcie klasowy kącik odpoczynku”. Dzieci dostają plan niewielkiego fragmentu sali i określone warunki: miejsce nie może utrudniać przejścia, może pomieścić najwyżej cztery osoby i mamy ograniczony budżet na wyposażenie. Najpierw trzeba przeczytać informacje i ustalić, czego rzeczywiście potrzebujemy. Później zmierzyć przestrzeń, porównać wymiary, policzyć koszt wybranych rzeczy i przygotować prosty szkic. Na koniec grupa zapisuje dwa lub trzy zdania uzasadnienia. W jednej aktywności pojawia się czytanie ze zrozumieniem, pisanie, mierzenie, liczenie pieniędzy, planowanie przestrzeni, współpraca i rozmowa o potrzebach innych osób. Nie potrzebuję do tego makiety, pięciu rodzajów kartonu ani zakupów w sklepie papierniczym. Kartka, linijka, kilka przygotowanych przeze mnie cen i zwykły plan sali wystarczą.

Można zrobić to samo z bardzo różnymi tematami. Dzieci mogą zaplanować jednodniową wycieczkę po swojej miejscowości, przygotować menu na klasowe śniadanie w określonym budżecie, zaprojektować ogródek na parapecie, wymyślić sposób ograniczenia zużycia papieru w klasie albo stworzyć prostą instrukcję zachowania podczas burzy. W każdym z tych zadań można połączyć język, matematykę, wiedzę przyrodniczą lub społeczną, ale nie robiłabym tego na siłę. Jeśli projekt naturalnie łączy dwa obszary, nie dokładam trzeciego tylko dlatego, że chcę nazwać zadanie interdyscyplinarnym. Sztuczne dopisywanie kolejnej aktywności nie sprawi, że lekcja stanie się bardziej wartościowa.

To chyba jedna z ważniejszych rzeczy. Interdyscyplinarność nie oznacza, że podczas jednej godziny musimy „zaliczyć” po kawałku każdego przedmiotu. Chodzi raczej o pokazanie dziecku, że wiedza nie żyje w osobnych szufladkach. W życiu nie rozwiązujemy przecież problemu jako matematyk przez piętnaście minut, później jako polonista, a na koniec jako przyrodnik. Kiedy planujemy rodzinny wyjazd, czytamy informacje, sprawdzamy godziny, liczymy koszty, porównujemy odległości i podejmujemy decyzje jednocześnie. Szkolny projekt może działać dokładnie tak samo, tylko w znacznie mniejszej skali.

W klasach I–III mamy przy tym dużą przewagę, bo nauczyciel prowadzi większość edukacji i nie musi uzgadniać z trzema innymi osobami, kto w którym tygodniu realizuje konkretną treść. Możemy płynnie przesunąć akcent w zależności od tego, czego właśnie potrzebują dzieci. Jeśli podczas projektu okazuje się, że największym problemem nie jest liczenie, ale przeczytanie tabeli, mamy gotowy materiał do dalszej pracy nad czytaniem ze zrozumieniem. Jeśli uczniowie świetnie radzą sobie z pomysłami, ale nie potrafią wspólnie podjąć decyzji, projekt zaczyna być również lekcją współpracy.

Nie oznacza to jednak pełnej dowolności. Mały projekt powinien mieć konkretny cel edukacyjny. Zanim go rozpocznę, chcę wiedzieć, czego właściwie mają się nauczyć albo jaką umiejętność wykorzystać. Jeśli odpowiedź brzmi tylko „żeby było ciekawie”, to jeszcze trochę za mało. Mogę chcieć sprawdzić, czy dzieci potrafią zastosować dodawanie w sytuacji praktycznej, znaleźć potrzebną informację w krótkim tekście, zmierzyć długość albo wspólnie uzasadnić wybór. Projekt jest wtedy sposobem pracy, a nie celem samym w sobie.

Warto też uważać na podział ról. W pracy grupowej bardzo szybko może się okazać, że jedno dziecko wszystko liczy, drugie rysuje, trzecie zapisuje, a czwarte przez pół godziny obserwuje kolegów. Dlatego przy małych projektach staram się tworzyć zadanie tak, żeby każdy musiał uczestniczyć w myśleniu. Dzieci mogą najpierw samodzielnie zaproponować rozwiązanie, potem porównać pomysły w parze, a dopiero później przygotować wspólną wersję. Dzięki temu uczeń, który potrzebuje więcej czasu albo nie jest klasowym liderem, nie traci możliwości rzeczywistego udziału już w pierwszych trzydziestu sekundach.

Nie oceniałabym też przede wszystkim wyglądu końcowej pracy. Ładny plakat potrafi bardzo skutecznie przykryć fakt, że większość myślenia wykonało jedno dziecko. Znacznie ciekawsze jest dla mnie, czy uczniowie potrafią wyjaśnić swoje rozwiązanie. Dlaczego wybrali właśnie tę opcję? Z czego musieli zrezygnować? Jak policzyli koszt? Co zmieniliby, gdyby mieli więcej miejsca? Co okazało się najtrudniejsze? Wtedy naprawdę widzimy proces, a nie tylko kolorową kartkę.

Nie każda lekcja musi oczywiście stać się projektem. Znacznie rozsądniejsze wydaje mi się regularne wprowadzanie małych sytuacji, w których dzieci muszą coś zaplanować, sprawdzić, policzyć, zbudować lub wspólnie rozwiązać. To może być jedna lekcja w tygodniu, fragment większego tematu albo zadanie, które zastąpi kilka osobnych ćwiczeń. Nie chodzi o dokładanie nauczycielowi kolejnych obowiązków, ale o takie układanie pracy, żeby te same treści zaczęły ze sobą współpracować.

I chyba właśnie tutaj widzę najbardziej praktyczne przełożenie nowych kierunków na zwykłą klasę I–III. Nie potrzebujemy przewracać planu do góry nogami. Nie musimy co tydzień urządzać tygodnia projektowego ani zamieniać sali w pracownię pełną kartonów. Możemy wziąć jedną lekcję, jeden problem i kilka umiejętności, które normalnie ćwiczylibyśmy oddzielnie, a następnie pozwolić dzieciom użyć ich razem.

Bo interdyscyplinarność zaczyna się nie wtedy, kiedy na stole leżą materiały z trzech przedmiotów.

Zaczyna się wtedy, kiedy dziecko przestaje pytać: „Czy to jest z matematyki czy z polskiego?”, bo po prostu potrzebuje jednego i drugiego, żeby poradzić sobie z zadaniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz