Dorosły patrzy na zadanie z matematyki i widzi cztery działania. Dziecko patrzy na nie i czasem widzi po prostu cztery linijki cyfr, które niewiele mu mówią. Dopiero kiedy dostanie patyczki, klocki, guziki albo choćby kilka zakrętek, nagle coś zaczyna się układać. Może przesunąć, dołożyć, zabrać, pogrupować po dziesięć i zobaczyć, że to, o czym przed chwilą mówił nauczyciel, naprawdę ma sens. I nie jest to żadne „ułatwianie” ani zabawa zamiast nauki. Dla młodszego dziecka działanie bardzo często jest właśnie drogą do zrozumienia.
W edukacji wczesnoszkolnej łatwo zapomnieć, że dziecko nie zaczyna od pojęcia abstrakcyjnego. Ono dopiero do niego dochodzi. Dorosły widzi liczbę 24 i od razu wie, że to dwie dziesiątki i cztery jedności. Dziecko może umieć ją przeczytać, zapisać, a nawet wykonać kilka przykładów, ale nadal nie mieć w głowie prawdziwego obrazu tej liczby. Jeśli jednak zbuduje dwie dziesiątki z patyczków i dołoży cztery pojedyncze, liczba przestaje być tylko znakiem na kartce. Staje się czymś, co można zobaczyć i uporządkować.
Podobnie jest z wieloma innymi szkolnymi treściami. O ułamkach można opowiadać długo, ale połowa jabłka albo kartka złożona na cztery części daje dziecku coś, czego sama definicja nie daje. Centymetr staje się bardziej zrozumiały, kiedy rzeczywiście mierzymy długość stołu. Obwód przestaje być dziwnym słowem z podręcznika, gdy dziecko otacza sznurkiem pudełko. Różnica między sześcianem a prostopadłościanem staje się oczywistsza, kiedy oba można wziąć do ręki, obejrzeć ze wszystkich stron i policzyć ściany. Dziecko nie tylko słyszy wyjaśnienie, ale może je sprawdzić.
W pracy terapeutycznej widzę to szczególnie mocno. Są dzieci, które przy samej kartce szybko się gubią. Kolejne polecenia zaczynają się zlewać, symbole niczego nie podpowiadają, a próba zapamiętania całej instrukcji pochłania tyle energii, że na właściwe zadanie niewiele już jej zostaje. Kiedy jednak mogą coś przesunąć, zaznaczyć, ułożyć lub zbudować, część informacji przestaje być przechowywana wyłącznie „w głowie”. Leży przed nimi. Można do niej wrócić, sprawdzić, poprawić i spróbować ponownie.
To właśnie dlatego manipulowanie przedmiotami tak dobrze wspiera myślenie. Dziecko wykonuje konkretną czynność i od razu widzi jej skutek. Dołożyło trzy klocki, więc jest ich więcej. Rozdzieliło dwanaście guzików pomiędzy trzy miseczki i widzi, że w każdej znalazły się cztery. Zbudowało wieżę, która się przewróciła, więc próbuje inaczej ustawić podstawę. Nie potrzebuje przy tym dorosłego, który po każdej próbie oznajmi, czy odpowiedź jest poprawna. Sam przedmiot często daje natychmiastową informację zwrotną.
Działanie pomaga również dzieciom, które mają trudność z rozpoczęciem zadania. Pusta kartka i polecenie „Zaprojektuj most” mogą wywołać kompletną pustkę w głowie. Kilka klocków, rolek po papierze, patyczków czy kawałków kartonu od razu daje punkt zaczepienia. Dziecko coś układa, sprawdza, poprawia, a pomysł pojawia się w trakcie. Nie zawsze najpierw myślimy, a później działamy. Bardzo często właśnie podczas działania zaczynamy myśleć inaczej.
Dotyczy to również czytania i pisania. Układanie wyrazów z ruchomych liter, dzielenie wyrazów na sylaby poprzez przesuwanie elementów, budowanie zdań z osobnych kartoników czy zaznaczanie kolejności wydarzeń obrazkami może być dla dziecka łatwiejsze niż kolejne przepisywanie tego samego do zeszytu. Nie oznacza to, że zeszyt jest niepotrzebny. Jest potrzebny, ale często dopiero wtedy, kiedy dziecko rozumie, co właściwie zapisuje.
Rodzice czasem martwią się, że jeśli pozwolą dziecku korzystać z liczmanów, palców czy innych pomocy, ono „nigdy nie nauczy się liczyć w głowie”. Tymczasem konkret nie powinien zostać z dzieckiem na zawsze, ale nie ma też sensu zabierać go zbyt wcześnie. Najpierw dziecko potrzebuje doświadczenia, później obrazu, a dopiero potem coraz bardziej abstrakcyjnego zapisu. To trochę tak, jakby oczekiwać, że ktoś nauczy się pływać, stojąc na brzegu i analizując ruchy ramion. W pewnym momencie trzeba wejść do wody.
Oczywiście nie chodzi o to, żeby każdą lekcję zamieniać w wielkie zajęcia konstrukcyjne, a dom w magazyn pomocy dydaktycznych. Najlepsze bywają rzeczy najprostsze: klocki, monety, guziki, nakrętki, kartki, sznurek, linijka, patyczki, pudełka. W kuchni można odmierzać, dzielić i porównywać. Podczas zakupów liczyć pieniądze, szacować i sprawdzać ceny. Przy składaniu mebla mierzyć długość, rozpoznawać kształty i czytać prostą instrukcję. Dziecko naprawdę nie potrzebuje zestawu podpisanego „edukacyjny”, żeby przy okazji bardzo dużo się nauczyć.
Warto również pozwolić mu czasem popełnić błąd w działaniu. Jeśli konstrukcja z klocków nie wytrzymała, nie trzeba natychmiast pokazywać, jak zrobić ją poprawnie. Jeżeli dziecko źle rozdzieliło elementy, może policzyć je jeszcze raz. Takie poprawianie własnego rozwiązania ma ogromną wartość, bo dziecko nie tylko poznaje prawidłową odpowiedź, ale zaczyna rozumieć, dlaczego poprzednia nie zadziałała.
Najbardziej lubię te momenty, kiedy po kilku minutach manipulowania przedmiotami dziecko nagle mówi: „Aaa, już wiem”. Nie nauczyło się wtedy nowej sztuczki ani nie zapamiętało kolejnej reguły. Po prostu coś połączyło. To, co wcześniej było tylko słowem, liczbą albo symbolem, zaczęło mieć znaczenie.
Dlatego jeśli dziecko nie rozumie jakiegoś zadania, zanim powiemy mu jeszcze raz to samo, tylko wolniej i głośniej, warto czasem zrobić coś zupełnie innego. Dać mu klocki. Pozwolić przesunąć. Zbudować. Rozłożyć na części. Zobaczyć.
Bo małe dzieci bardzo często najpierw rozumieją rękami, a dopiero później potrafią opowiedzieć o tym słowami.
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz