Klasowe grupy rodziców miały chyba z założenia ułatwiać życie. Szybka informacja o zmianie godziny wycieczki, przypomnienie o stroju na występ, pytanie organizacyjne dotyczące składki i po sprawie. W praktyce bardzo łatwo zamieniają się jednak w miejsce, które zaczyna żyć własnym życiem od wczesnego ranka do późnego wieczora. O 21.47 pojawia się pytanie, co było zadane z matematyki, chwilę później ktoś wrzuca zdjęcie całej strony z ćwiczeń, następna osoba dopytuje, czy trzeba zrobić również zadanie szóste, a po kwadransie trwa już dyskusja, czy pani na pewno powiedziała „na jutro”, czy może „na piątek”. Telefon leży na stole, a dorosły właściwie odrabia szkołę razem z dzieckiem, tylko że w wersji dla rodziców.
Sama idea takiej grupy jest bardzo dobra. Rodzice mogą szybko przekazać sobie informacje, pomóc sobie w sprawach organizacyjnych i uniknąć wielu nieporozumień. Problem zaczyna się wtedy, kiedy grupa przestaje być wsparciem, a zaczyna przejmować odpowiedzialność, która powinna stopniowo należeć do dziecka. Jeśli uczeń nie zapisał pracy domowej, a po pięciu minutach rodzic ma już na telefonie zdjęcie zeszytu kolegi, to sytuacja zostaje rozwiązana błyskawicznie. Tyle że dziecko nie ponosi właściwie żadnej konsekwencji swojego niedopatrzenia i nie ma powodu, żeby następnym razem bardziej pilnować informacji.
W klasach młodszych oczywiście nie oczekuję od dzieci pełnej samodzielności od pierwszego dnia. Pierwszoklasista dopiero uczy się pakować plecak, pamiętać o potrzebnych rzeczach, zapisywać ważne informacje i planować swoją pracę. Rodzic ma prawo wspierać i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku. Tyle że wsparcie powinno z czasem maleć, a odpowiedzialność dziecka rosnąć. Jeśli w drugiej czy trzeciej klasie każda zgubiona informacja automatycznie uruchamia klasową grupę, bardzo łatwo stworzyć system, w którym rodzice stają się sekretariatem własnych dzieci.
Szczególnie dobrze widać to przy słynnym pytaniu „co było zadane?”. Oczywiście może się zdarzyć, że dziecko było chore, źle się poczuło, wcześniej wyszło albo rzeczywiście nie miało możliwości zanotowania pracy. Wtedy pytanie na grupie jest zwykłą pomocą. Jeśli jednak pojawia się kilka razy w tygodniu, warto zastanowić się, czy nadal pomagamy, czy już wyręczamy. Czasem znacznie bardziej rozwojowe będzie pozwolenie dziecku, żeby następnego dnia samo wyjaśniło nauczycielowi, że nie zapisało zadania. Nie wydarzy się katastrofa, a doświadczenie może zadziałać skuteczniej niż dziesięć przypomnień o pilnowaniu zeszytu.
Podobnie jest ze zdjęciami zadań, notatek i całych stron podręczników. Technicznie to kilka sekund i problem znika, ale z czasem dzieci mogą nauczyć się, że nie trzeba szczególnie uważać na lekcji, bo wieczorem mama i tak zdobędzie wszystko na grupie. Nie chodzi o robienie z każdej zapomnianej pracy lekcji życia, ale o zdrową proporcję. Jednorazowa pomoc jest pomocą. Stałe zabezpieczanie dziecka przed każdym skutkiem nieuwagi zaczyna już pracować przeciwko jego samodzielności.
Klasowa grupa potrafi również niepotrzebnie rozgrzać emocje. Jedno dziecko wraca ze szkoły i mówi, że pani „krzyczała na całą klasę”. Rodzic, zdenerwowany tym, co usłyszał, opisuje sytuację na grupie, kolejna osoba dopisuje, że jej córka też coś wspominała, a po kilkunastu wiadomościach mamy już całkiem poważną aferę, choć nikt z dorosłych nie wie jeszcze dokładnie, co się wydarzyło. Dzieci opowiadają świat z własnej perspektywy i mają do tego pełne prawo, ale ich relacja nie zawsze jest kompletnym zapisem sytuacji. Zanim klasowa grupa zamieni się w salę rozpraw, znacznie rozsądniej jest najpierw porozmawiać bezpośrednio z nauczycielem.
Niektóre sprawy po prostu nie nadają się do omawiania na forum kilkudziesięciu osób. Zachowanie konkretnego dziecka, trudności ucznia, sytuacja rodzinna, konflikt pomiędzy dwojgiem dzieci czy uwagi dotyczące nauczyciela powinny być załatwiane bezpośrednio z osobami, których dotyczą. Grupa klasowa nie jest ani pokojem nauczycielskim, ani gabinetem pedagoga, ani miejscem do publicznego ustalania, czyje dziecko „zaczęło”. Nawet jeśli ktoś nie podaje nazwiska, bardzo często po kilku zdaniach wszyscy doskonale wiedzą, o kogo chodzi.
Osobnym tematem są godziny działania grupy. Wiadomość napisana o 22.30 nie wymaga odpowiedzi o 22.31. Dorosłym też potrzebna jest granica pomiędzy szkołą a domem. To, że telefon pozwala skontaktować się z dwudziestoma osobami o każdej porze, nie oznacza, że każda pora jest równie dobra. Jeśli sprawa może poczekać do rana, naprawdę może poczekać. Rodzic nie musi również natychmiast reagować na każde powiadomienie. Wyłączenie dźwięków na grupie nie jest brakiem zaangażowania w edukację dziecka.
Czasami mam wrażenie, że właśnie klasowe grupy najbardziej podsycają rodzicielskie poczucie, że trzeba wiedzieć wszystko. Kto dostał jaką ocenę, co było na kartkówce, dlaczego pani wpisała uwagę, kiedy dokładnie zostanie sprawdzian, czy inni też nie rozumieją zadania piątego i czy ktoś może wysłać zdjęcie tego, czego brakuje w zeszycie. Tymczasem dziecko potrzebuje również własnej przestrzeni szkolnej. Nie każda drobna sytuacja musi być jeszcze tego samego dnia omówiona przez dorosłych.
Dotyczy to także ocen. Jeśli rodzice zaczynają wymieniać informacje, kto dostał cztery, kto pięć, a komu „obniżono”, grupa bardzo szybko tworzy dodatkową warstwę porównań. Dziecko nie tylko przeżywa własny wynik, ale może wrócić do domu i dowiedzieć się, że mama wie już, ile dostał kolega siedzący dwie ławki dalej. Trudno potem budować przekonanie, że ocena jest informacją o konkretnej pracy, a nie elementem klasowego rankingu.
Dobrze działająca grupa rodziców może być naprawdę dużym wsparciem, jeśli służy przede wszystkim sprawom organizacyjnym i wzajemnej pomocy w sytuacjach wyjątkowych. Można przypomnieć o wycieczce, zapytać o godzinę zebrania, ustalić kwestię wspólnego prezentu czy podać informację osobie, której dziecko było nieobecne. Nie trzeba jednak przejmować całej szkolnej codzienności dzieci i tworzyć równoległego dziennika prowadzonego przez rodziców.
Warto też ustalić kilka prostych zasad na początku roku. Pisanie w rozsądnych godzinach, nieomawianie konkretnych dzieci, przenoszenie indywidualnych problemów do prywatnych rozmów, ograniczenie wielokrotnie powtarzanych informacji i powstrzymanie się od komentowania każdej szkolnej decyzji potrafią bardzo uporządkować komunikację. Nie potrzeba formalnego regulaminu na trzy strony. Czasem wystarczy odrobina zdrowego rozsądku i świadomość, że po drugiej stronie telefonu również siedzą ludzie, którzy mają swoje popołudnie, rodzinę i prawo do ciszy.
Najważniejsze pytanie brzmi jednak nie „czy grupa klasowa jest dobra czy zła?”, tylko „do czego jej używamy?”. Jeśli pomaga dorosłym sprawnie załatwiać organizacyjne drobiazgi, spełnia swoją rolę. Jeśli codziennie służy do odtwarzania dziecięcego planu dnia, pilnowania prac domowych, analizowania ocen i rozwiązywania wszystkich szkolnych problemów zanim samo dziecko zdąży spróbować, zaczyna być dodatkowym przedmiotem w planie lekcji rodzica.
A przecież szkoła ma stopniowo uczyć samodzielności również wtedy, kiedy oznacza to czasem zapomniany zeszyt, niezapisane zadanie i konieczność poradzenia sobie z własnym „zapomniałem”.
Nie każdą dziurę w szkolnej pamięci dziecka trzeba natychmiast załatać wiadomością na klasowej grupie. Czasem właśnie przez tę niewielką dziurę wchodzi odpowiedzialność.
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz