Dzwonek już był, nauczyciel stoi przy biurku, a klasa właściwie jeszcze jest na przerwie. Jedno dziecko kończy historię rozpoczętą na korytarzu, drugie właśnie przypomniało sobie, że musi napić się wody, ktoś szuka piórnika, ktoś inny koniecznie chce opowiedzieć, co wydarzyło się przy automacie, a dwóch uczniów nadal prowadzi dyskusję, która najwyraźniej nie może poczekać ani minuty. W tym wszystkim pada pierwsze „cisza!”, potem drugie, trochę głośniejsze, a po chwili nauczyciel orientuje się, że próbuje przekrzyczeć dwadzieścia kilka osób. Lekcja jeszcze się nie zaczęła, a człowiek już jest zmęczony.
Pierwsze minuty po przerwie bywają jednymi z trudniejszych momentów lekcji, szczególnie w młodszych klasach. Dzieci nie przechodzą przecież przez drzwi i nie wyłączają automatycznie tego, co działo się chwilę wcześniej. Wracają rozemocjonowane po zabawie, rozmowie, biegu po korytarzu, drobnym konflikcie, wygranym meczu albo spotkaniu z kolegą z innej klasy. Ich ciała i głowy nadal są w trybie przerwy, podczas gdy my chcielibyśmy już otwierać zeszyty i rozpoczynać matematykę. Problemem często nie jest więc brak dyscypliny, lecz brak wyraźnego przejścia pomiędzy jednym rodzajem aktywności a drugim.
Przez lata pracy coraz bardziej przekonuję się, że pierwsze pięć minut lekcji warto potraktować nie jako czas stracony, który trzeba jak najszybciej „nadrobić”, ale jako czas, który może uratować kolejne czterdzieści. Jeśli dzieci wiedzą, co robią po wejściu do sali, nie potrzebujemy za każdym razem wymyślać nowego sposobu na uciszenie klasy. Najbardziej skuteczne okazują się zwykle nie widowiskowe metody, ale przewidywalność.
Dobrze działa stały rytuał wejścia. Nie musi być skomplikowany. Dzieci wracają do sali, siadają, wyjmują potrzebne rzeczy, a na tablicy już czeka krótkie zadanie, które można rozpocząć bez dodatkowego tłumaczenia. Może to być jedno działanie, zdanie do dokończenia, wyszukanie błędu, zapisanie trzech skojarzeń, krótka zagadka, przypomnienie czegoś z poprzedniej lekcji albo bardzo prosty rysunek według instrukcji. Ważniejsze od rodzaju zadania jest to, że uczniowie wiedzą: po przerwie wchodzę, przygotowuję się i zaczynam.
Taki początek ma jeszcze jedną zaletę. Nauczyciel nie musi od pierwszej sekundy walczyć o uwagę całej klasy jednocześnie. Dzieci stopniowo przechodzą do pracy, a my mamy chwilę, żeby zobaczyć, kto wrócił zdenerwowany, kto potrzebuje dodatkowego przypomnienia, komu trzeba pomóc znaleźć zeszyt i czy konflikt z przerwy rzeczywiście zakończył się wraz z dzwonkiem.
Nie każda klasa od razu przyjmie taki schemat. Jeżeli przez kilka miesięcy po przerwie można było jeszcze rozmawiać, chodzić po sali i dopiero po kolejnych uwagach przygotowywać się do lekcji, samo napisanie zadania na tablicy niewiele zmieni. Rutyny również trzeba nauczyć. Przez pierwsze dni warto spokojnie przypominać kolejne czynności i robić to zawsze w tej samej kolejności. Nie chodzi o wojskowy dryl, tylko o stworzenie dzieciom przewidywalnej sytuacji. Im mniej decyzji muszą podjąć tuż po wejściu, tym łatwiej im rzeczywiście rozpocząć pracę.
Bardzo pomaga również zmiana sposobu, w jaki nauczyciel używa własnego głosu. Kiedy klasa jest głośna, naturalnym odruchem jest mówić jeszcze głośniej. Problem polega na tym, że dzieci dostają wtedy kolejny głośny bodziec i często również zaczynają podnosić głos. Zamiast tego wolę zatrzymać się, stanąć w jednym miejscu i poczekać, aż część uczniów zauważy, że coś się zmieniło. Czasami mówię pierwsze zdanie spokojniej niż zwykle. Dzieci siedzące najbliżej zaczynają słuchać, kolejne orientują się, że lekcja się zaczęła, a poziom hałasu stopniowo spada. Nie zawsze działa to w dziesięć sekund, ale zdecydowanie mniej zużywa nauczyciela niż konkurs na to, kto będzie głośniejszy.
W młodszych klasach bardzo dobrze sprawdza się również stały sygnał rozpoczynający pracę. Może nim być krótki dźwięk, gest, podniesiona ręka, zapalenie określonej lampki czy napis pojawiający się na tablicy. Ważne, żeby nie zmieniać go co kilka dni. Dzieci szybko uczą się reagowania na to, co znają. Jeśli dziś klaszczemy, jutro liczymy od pięciu, pojutrze dzwonimy dzwoneczkiem, a w czwartek stosujemy kolejną internetową metodę, bardziej ćwiczymy rozpoznawanie nauczycielskich pomysłów niż samą umiejętność wyciszania się.
Nie jestem też zwolenniczką rozpoczynania każdej lekcji od długiego uspokajania. Jeśli przez pięć minut mówimy dzieciom, że są za głośne, przez następne trzy przypominamy, jak należy zachowywać się po przerwie, a dopiero później przechodzimy do zajęć, nieświadomie poświęcamy hałasowi bardzo dużo uwagi. Lepiej jak najszybciej dać klasie coś konkretnego do zrobienia. Działanie często wycisza skuteczniej niż kolejne upomnienie.
Oczywiście bywają przerwy, po których zwykły rytuał nie wystarczy. Jeśli dzieci wracają wyjątkowo pobudzone, wydarzył się konflikt albo cała klasa właśnie brała udział w bardzo emocjonującej zabawie, czasem warto na minutę zmienić plan. Krótkie przeciągnięcie się, spokojny oddech, łyk wody, zamknięcie oczu na kilkanaście sekund czy prosta czynność ruchowa mogą pomóc przejść z jednego tempa w drugie. Nie robiłabym jednak z tego obowiązkowej ceremonii przed każdą lekcją. Narzędzie działa najlepiej wtedy, kiedy odpowiada na rzeczywistą potrzebę.
Szczególną uwagę zwracam na dzieci, które mają trudności z regulacją emocji, koncentracją albo przechodzeniem pomiędzy aktywnościami. Dla nich przerwanie atrakcyjnej zabawy i natychmiastowe rozpoczęcie pracy może być dużo trudniejsze niż dla pozostałych. Nie oznacza to, że mogą przez dziesięć minut chodzić po klasie, ale czasami wystarczy dać im wyraźniejszy komunikat, krótką informację przed końcem przerwy albo konkretne pierwsze zadanie. „Po wejściu otwierasz zeszyt i robisz tylko pierwszy przykład” jest dla takiego ucznia znacznie łatwiejsze niż ogólne „uspokój się i przygotuj do lekcji”.
Warto również przyjrzeć się samemu początkowi naszych lekcji. Jeśli dzieci wiedzą, że przez pierwszych kilka minut nauczyciel będzie sprawdzał obecność, szukał materiałów, wpisywał coś do dziennika i dopiero później zacznie zajęcia, bardzo szybko uczą się, że ten czas nadal można wykorzystać jak przedłużenie przerwy. Jeżeli natomiast od wejścia czeka na nie konkretna czynność, granica pomiędzy przerwą a lekcją staje się znacznie czytelniejsza.
U mnie najlepiej sprawdza się właśnie prostota. Po wejściu dzieci wiedzą, gdzie znajduje się pierwsze zadanie i czego potrzebują, żeby je rozpocząć. Staram się nie wydawać w tym czasie pięciu poleceń jednocześnie. Kiedy większość klasy jest już zajęta, dopiero wtedy przechodzę do wspólnej części lekcji. Dzięki temu nie muszę zdobywać uwagi dwudziestu kilku osób w chwili, kiedy każda z nich mentalnie jest jeszcze w innym miejscu.
Nie zawsze będzie idealnie. Są klasy, w których taki rytuał buduje się kilka tygodni, są dni, kiedy wszystko rozsypuje się mimo najlepszych planów, i są przerwy, po których dzieci wracają tak rozemocjonowane, że żadna metoda nie zadziała natychmiast. To normalne. W pracy z dziećmi nie chodzi o stworzenie sali, w której po dzwonku zapada cisza jak po naciśnięciu przycisku.
Chodzi raczej o to, żeby uczniowie stopniowo nauczyli się przechodzić od swobodnej aktywności do skupienia bez konieczności ciągłego zewnętrznego sterowania. To przecież także jest umiejętność, której będą potrzebować znacznie dłużej niż jednej lekcji matematyki.
I chyba właśnie dlatego pierwszych pięciu minut po przerwie nie traktuję już jak walki o odzyskanie klasy. Wolę myśleć o nich jak o pomoście pomiędzy korytarzem a lekcją. Jeśli zbudujemy go dobrze, nie trzeba później przez czterdzieści minut nadrabiać tego, co straciliśmy, próbując przekrzyczeć wszystkich na początku.
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz