Na dywanie stoją dwa krzesła, między nimi pudełko po butach, na stole kilka plastikowych kubeczków, kartka z przypadkowymi kreskami i trzy kasztany, które przed chwilą były ziemniakami, a teraz zostały pieniędzmi. Dziecko sprzedaje, liczy, pyta, czy klient chce paragon, za chwilę zamyka sklep i oznajmia, że od tej pory będzie restauracja. Dorosły patrzy na ten bałagan i czasem myśli, że dziecko po prostu zajmuje sobie czas.
Tymczasem właśnie wydarza się całkiem poważna praca.
Jedną z najważniejszych rzeczy, które rozwijają się podczas takiej zabawy, jest myślenie symboliczne. Kasztan może stać się monetą, koc ladą sklepową, klocek telefonem, a kartka biletem do kina. Dziecko wie, że klocek nadal jest klockiem, ale jednocześnie potrafi potraktować go jak coś zupełnie innego. Ta umiejętność ma ogromne znaczenie również później, kiedy w szkole trzeba zrozumieć, że litera jest znakiem określonego dźwięku, liczba opisuje pewną ilość, a linia na mapie może oznaczać drogę, rzekę albo granicę. Zabawa „na niby” jest więc jednym z naturalnych miejsc, w których dziecko uczy się, że coś może reprezentować coś innego.
Bardzo intensywnie pracuje również język. W zabawie pojawiają się słowa, których dziecko nie używa na co dzień. W restauracji ktoś zamawia, wybiera z menu, płaci rachunek, obsługuje klienta. W sklepie pojawia się cena, reszta, produkt, promocja czy paragon. W szkole trzeba wyjaśnić zadanie, wywołać kogoś do odpowiedzi, sprawdzić obecność albo opowiedzieć, co będzie dalej. Dziecko nie siedzi nad listą nowych wyrazów i nie uczy się ich na pamięć. Używa ich dlatego, że są mu potrzebne do prowadzenia zabawy, a właśnie wtedy język staje się najbardziej naturalny.
Dochodzi do tego budowanie wypowiedzi i tworzenie historii. Każda zabawa tematyczna ma przecież swój początek, ciąg dalszy i jakiś nieformalny scenariusz. Najpierw klient wchodzi do sklepu, później coś wybiera, płaci i wychodzi. W restauracji trzeba przyjąć zamówienie, przygotować posiłek, podać go i rozliczyć rachunek. Jeśli zabawa trwa dłużej, pojawiają się kolejne wydarzenia i nowe problemy. Nagle zabrakło makaronu, ktoś pomylił stolik, klient chce zwrócić produkt. Dziecko tworzy opowieść, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy.
Właśnie dlatego takie zabawy są świetnym treningiem późniejszego opowiadania, rozumienia następstwa wydarzeń i budowania logicznych wypowiedzi. To, co później na języku polskim nazywamy zachowaniem kolejności wydarzeń, tutaj dzieje się podczas przewracania naleśnika z plasteliny.
Bardzo ciekawie pracuje także pamięć robocza. Dziecko musi przez chwilę przechowywać w głowie kilka informacji naraz. Kto jest klientem, kto sprzedawcą, co zostało zamówione, ile trzeba zapłacić, jaka była umowa dotycząca zabawy. Jeśli trzy minuty wcześniej ustalono, że zielone klocki są jabłkami, to nie można nagle sprzedać ich jako autobusów bez uzgodnienia tego z pozostałymi uczestnikami. Oczywiście dzieci właśnie tak robią, a potem zaczynają się negocjacje, które są kolejną porcją bardzo potrzebnego treningu.
Bo zabawa tematyczna to również szkoła relacji społecznych. Trzeba uzgodnić role, czasem zrezygnować z własnego pomysłu, poczekać, aż druga osoba skończy mówić, przekonać innych do swojego rozwiązania albo zaakceptować zmianę. Dziecko zaczyna brać pod uwagę, że ktoś obok może myśleć inaczej. Jeśli prowadzi restaurację, musi zastanowić się, czego chce klient. Jeśli jest nauczycielem, powinno wejść w rolę kogoś, kto coś tłumaczy. Jeśli jest lekarzem, próbuje przewidzieć, co może powiedzieć pacjent. To bardzo naturalne ćwiczenie przyjmowania perspektywy drugiej osoby.
Nieprzypadkowo podczas takich zabaw pojawiają się też konflikty. Ktoś zawsze chce być sprzedawcą, dwie osoby naraz wybierają rolę nauczyciela, a jedna nie zgadza się z zasadami ustalonymi przez resztę. Z punktu widzenia dorosłego można mieć ochotę szybko wkroczyć i rozstrzygnąć spór. Tymczasem jeśli sytuacja jest bezpieczna, czasami warto chwilę poczekać. Negocjowanie, proponowanie zamiany, szukanie rozwiązania i radzenie sobie z tym, że nie zawsze dostaje się najbardziej atrakcyjną rolę, to również część nauki.
W zabawie w sklep czy restaurację zupełnie naturalnie pojawia się matematyka. Dzieci liczą produkty, rozdzielają je pomiędzy klientów, porównują wielkości, ustalają ceny i wydają umowną resztę. Starsze mogą przygotować prosty cennik, zapisać zamówienie czy policzyć koszt kilku produktów. Nie trzeba jednak natychmiast zmieniać zabawy w lekcję matematyki i pytać przy każdym zakupie, ile jest dwa plus trzy. Jeśli dorosły będzie zbyt mocno sterował, to, co miało być zabawą, szybko zacznie przypominać kolejną kartę pracy.
To samo dotyczy pisania i czytania. Dzieci bardzo chętnie przygotowują menu, szyldy, listy produktów, bilety, recepty czy dziennik lekcyjny, kiedy są one potrzebne do zabawy. Nawet dziecko, które nie przepada za pisaniem w zeszycie, potrafi z wielkim zaangażowaniem stworzyć listę dań dla własnej restauracji. Motywacja jest zupełnie inna, bo pismo nagle do czegoś służy. Nie jest ćwiczeniem wykonanym dlatego, że dorosły tak polecił, ale narzędziem potrzebnym do realizacji własnego pomysłu.
Takie zabawy ćwiczą również planowanie i funkcje wykonawcze. Trzeba zdecydować, czego potrzebujemy, przygotować przestrzeń, rozdzielić role, pamiętać o ustalonych zasadach i zmieniać plan, kiedy coś nie działa. Dziecko uczy się hamować pierwszą reakcję, czekać na swoją kolej i dostosowywać zachowanie do sytuacji. Kiedy chwilę wcześniej było klientem, a teraz zostaje sprzedawcą, musi niejako „przełączyć” sposób działania. To właśnie w takich codziennych sytuacjach rozwijają się umiejętności, których później potrzebujemy przy wykonywaniu złożonych zadań szkolnych.
Warto też zwrócić uwagę na emocje. W zabawie można być surową panią nauczycielką, zdenerwowanym klientem, troskliwym lekarzem albo właścicielem restauracji, który właśnie odkrył, że skończyła mu się pizza. Dziecko eksperymentuje z rolami i zachowaniami w bezpiecznej sytuacji. Często odtwarza też to, czego samo doświadczyło. Dlatego czasami w zabawie możemy usłyszeć własne zdania wypowiadane tonem, który brzmi podejrzanie znajomo. Bywa to zabawne, a czasem bardzo pouczające.
Dorosły nie musi jednak organizować takiej zabawy od początku do końca. Nie potrzeba kupować wielkiej drewnianej restauracji, kasy fiskalnej z czytnikiem ani zestawu pięćdziesięciu plastikowych produktów. Dzieciom często wystarczy kilka pudełek, kartek, klocków, starych opakowań i możliwość wykorzystania tego, co mają pod ręką. Co więcej, brak gotowych przedmiotów potrafi być bardzo twórczy, bo wtedy trzeba samemu zdecydować, czym będzie pieniądz, lada, pieczywo czy telefon.
Możemy czasem dołączyć do zabawy, ale nie musimy przejmować nad nią kontroli. Wystarczy podążać za pomysłem dziecka, od czasu do czasu zadać pytanie albo wprowadzić drobny problem, który pobudzi myślenie. Jeśli bawimy się w sklep, możemy zauważyć, że zabrakło nam pieniędzy. W restauracji możemy zapytać, czy jest coś dla osoby, która nie lubi pomidorów. W szkole możemy pomylić odpowiedź i zobaczyć, jak mały nauczyciel sobie z tym poradzi. Potem warto znów oddać stery dziecku.
Dzieci nie potrzebują, żeby każda zabawa była przez dorosłych „edukacyjnie wykorzystana”. Sama zabawa już jest edukacyjna, nawet jeśli nikt nie dopisał do niej celu operacyjnego, nie przygotował karty obserwacji i nie sprawdził efektów po trzydziestu minutach.
Kiedy więc następnym razem zobaczymy salon zamieniony w sklep, stół przykryty kocem pełniący funkcję restauracyjnego baru albo rząd pluszaków czekających na rozpoczęcie lekcji, warto zostawić ten świat na chwilę w spokoju.
Bo dziecko może wyglądać, jakby tylko sprzedawało zupę z klocków.
A jego mózg właśnie pracuje całkiem serio.
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz