„Mamo, ale wszyscy już mają.”
To zdanie ma chyba fabrycznie wbudowaną funkcję przyspieszania decyzji rodzicielskich. Człowiek jeszcze wczoraj był przekonany, że „na telefon przyjdzie czas”, a dziś stoi w sklepie, porównuje modele i próbuje sobie przypomnieć, czy naprawdę cała klasa poza jego dzieckiem posiada już własny smartfon, czy może „wszyscy” oznacza w tym przypadku Kubę, Zosię i jednego kolegę z równoległej klasy. Sam zakup jest jednak najprostszą częścią całej historii. Telefon dostaje ładowarkę, instrukcję obsługi i aktualizacje systemu, a dziecko razem z nim dostaje dostęp do świata, w którym trzeba umieć podejmować decyzje dużo bardziej skomplikowane niż wybór tapety na ekranie.
Dlatego przed pierwszym uruchomieniem smartfona usiadłabym z dzieckiem i porozmawiała. Nie wygłaszała wykładu o zagrożeniach internetu, po którym nawet dorosły miałby ochotę wrócić do telefonu na kabel, ale zwyczajnie ustaliła kilka rzeczy. Najważniejsze, żeby dziecko wiedziało, że telefon nie jest prywatnym królestwem całkowicie odłączonym od rodziny, ale nie jest też urządzeniem, które rodzic będzie po cichu przeszukiwał każdego wieczoru. Bezpieczeństwo znacznie łatwiej budować na jasnych zasadach niż na wzajemnym podejrzewaniu się.
Zaczęłabym od prywatności, bo dzieci często rozumieją ją trochę inaczej niż dorośli. Zdjęcie pokoju wrzucone do sieci może przypadkiem pokazać nazwę szkoły na dyplomie wiszącym na ścianie, fotografia z wakacji zdradzić miejsce pobytu, a zdjęcie biletu, dokumentu czy szkolnego planu zawierać informacje, których naprawdę nie trzeba udostępniać całemu internetowi. Dobrą zasadą jest więc proste pytanie przed publikacją: „Czy chciałbym, żeby zobaczyła to osoba, której w ogóle nie znam?”. To dużo bardziej zrozumiałe niż ogólne „uważaj, co wrzucasz do sieci”.
Osobnej rozmowy wymagają zdjęcia innych ludzi. Dzieci robią ich mnóstwo, bo telefon jest zawsze pod ręką, a wysłanie fotografii na grupę trwa sekundę. Warto od początku ustalić, że zrobienie komuś zabawnego zdjęcia nie daje jeszcze prawa do jego publikowania. To świetny moment, żeby porozmawiać o zgodzie i szacunku w bardzo konkretny sposób. Jeśli kolega zrobił głupią minę, przewrócił się albo zasnął w autobusie, może nas to rozśmieszyć, ale nie oznacza, że cała klasa powinna dostać materiał dokumentalny z wydarzenia.
Potem są komunikatory i grupy klasowe, czyli miejsce, w którym spokojne „dobranoc” potrafi zamienić się w 87 nowych wiadomości, trzy naklejki, czternaście zdjęć i pytanie „kto ma zadane z matmy?”. Dziecko powinno wiedzieć, że nie musi odpowiadać natychmiast, nie musi uczestniczyć w każdej rozmowie i ma prawo wyciszyć grupę. Warto też ustalić, że tego, czego nie powiedziałoby komuś twarzą w twarz, lepiej nie pisać zza ekranu. Klawiatura czasem daje dziwne poczucie bezkarności, a jedno zdanie wysłane dla żartu może zostać przeczytane zupełnie inaczej, niż autor zamierzał.
Porozmawiałabym również o osobach nieznajomych, ale bez budowania obrazu internetu jako ciemnego lasu pełnego podejrzanych postaci. Dziecko powinno po prostu wiedzieć, że osoba przedstawiająca się jako rówieśnik nie musi nim być, nie podajemy obcym adresu, szkoły, numeru telefonu, haseł ani informacji o tym, gdzie jesteśmy sami. Nie klikamy też bez zastanowienia w linki obiecujące darmowe przedmioty do gry, nagrody czy „konieczne potwierdzenie konta”. Internetowe oszustwo skierowane do dziecka nie musi wyglądać jak oszustwo. Często wygląda właśnie jak coś niezwykle atrakcyjnego.
Hasła to kolejny temat, który warto załatwić przed pierwszym „Mamo, ktoś wszedł mi na konto”. Dobrze, żeby dziecko od początku wiedziało, że hasła są po to, żeby ich nie rozdawać nawet najlepszej przyjaciółce, bo przyjaźnie w wieku szkolnym mają czasem interesującą dynamikę i osoba, która w poniedziałek zna wszystkie nasze sekrety, w środę może już siedzieć z kimś innym. Nie chodzi o uczenie nieufności, tylko o prostą zasadę: konto należy do Ciebie, więc dostęp do niego również.
Jest jeszcze rzecz, którą uważałabym za najważniejszą ze wszystkich: co dziecko ma zrobić, kiedy coś pójdzie nie tak. Bo pójdzie. Prędzej czy później kliknie coś, czego nie powinno, wyśle wiadomość za szybko, ktoś napisze mu coś przykrego albo zobaczy treść, która je przestraszy. I właśnie wtedy ujawnia się jakość naszych wcześniejszych ustaleń. Jeśli dziecko spodziewa się przede wszystkim krzyku i natychmiastowego odebrania telefonu, może zacząć ukrywać problemy. Jeśli wie, że pierwszą reakcją dorosłego będzie „Dobrze, że mi powiedziałeś, sprawdźmy, co możemy zrobić”, znacznie łatwiej przyjdzie po pomoc.
To nie oznacza oczywiście, że każde zachowanie pozostanie bez konsekwencji. Można jednocześnie pomóc dziecku wyjść z trudnej sytuacji i później spokojnie omówić, co trzeba zrobić inaczej następnym razem. Najpierw bezpieczeństwo, potem wychowanie. Przy cyfrowych problemach naprawdę wolę dziecko, które przychodzi po pomoc po popełnieniu błędu, niż takie, które perfekcyjnie zna wszystkie rodzinne zasady, ale ze strachu próbuje samodzielnie ukrywać coś poważnego.
Ustaliłabym również, kiedy telefon po prostu odkładamy, ale nie sprowadzałabym całej rozmowy do stopera. Znacznie ważniejsze od dokładnego liczenia każdej minuty jest nauczenie dziecka, że istnieją sytuacje, w których ekran nie powinien być głównym uczestnikiem wydarzeń. Wspólny posiłek, rozmowa z drugim człowiekiem, lekcja, przechodzenie przez ulicę czy nocny odpoczynek naprawdę nie potrzebują dodatkowego scrollowania. Dobrze, jeśli podobne zasady dotyczą także dorosłych, bo trudno przekonać dziecko do odkładania telefonu podczas kolacji, kiedy rodzic właśnie jedną ręką miesza zupę, a drugą odpowiada na wiadomości.
Nie zostawiałabym też kontroli rodzicielskiej w sferze tajemnicy. Jeśli korzystamy z ustawień bezpieczeństwa, ograniczeń instalowania aplikacji czy możliwości sprawdzenia pewnych rzeczy, dziecko powinno o tym wiedzieć. „Pomagam Ci nauczyć się bezpiecznie korzystać z telefonu” brzmi zupełnie inaczej niż odkrycie po kilku miesiącach, że rodzic kontrolował urządzenie bez żadnej rozmowy. Wraz z wiekiem i odpowiedzialnością zakres samodzielności może się zmieniać, bo przecież naszym celem nie jest wieczne pilnowanie, tylko stopniowe nauczenie dziecka pilnowania samego siebie.
Najlepiej, jeśli te zasady nie będą jednorazową rozmową odbywaną w dniu zakupu. Cyfrowy świat dziecka zmienia się błyskawicznie. Dzisiaj interesuje je jedna gra, za kilka miesięcy pojawi się nowy komunikator, później media społecznościowe i sytuacje, których żadna rodzinna umowa nie mogła wcześniej przewidzieć. Warto więc od czasu do czasu zapytać, co nowego dzieje się w jego telefonie, z kim rozmawia, z czego korzysta i czy ostatnio wydarzyło się coś dziwnego. Bez śledztwa i tonu policjanta prowadzącego przesłuchanie. Zwyczajnie, tak jak pytamy, co wydarzyło się w szkole.
Pierwszy smartfon jest dla dziecka dużym krokiem w stronę samodzielności i chyba właśnie tak warto na niego patrzeć. Nie jako na nagrodę, zagrożenie ani urządzenie, które trzeba od pierwszego dnia otoczyć dwudziestoma zakazami. To kolejne miejsce, w którym dziecko będzie uczyło się odpowiedzialności, granic, szacunku do innych i proszenia o pomoc.
Najlepsza rodzinna zasada dotycząca telefonu mogłaby więc brzmieć bardzo prosto: jeśli coś Cię przestraszy, zawstydzi, zaniepokoi albo po prostu nie będziesz wiedział, co zrobić, przyjdź do mnie. Najpierw Ci pomogę, a potem będziemy rozmawiać.
Bo pierwszy smartfon nie powinien oznaczać, że dziecko zostaje samo z całym internetem w kieszeni.
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz