Wyobraźmy sobie przerwę. Dzwonek, drzwi klas się otwierają, dzieci wychodzą na korytarz i… nikt nie wyciąga telefonu. Brzmi pięknie. Przez pierwsze trzydzieści sekund. Potem ktoś zaczyna biegać, ktoś szturcha kolegę, dwie osoby kłócą się o krzesło, trzy stoją pod ścianą i patrzą przed siebie, a nauczyciel na dyżurze zaczyna podejrzewać, że telefon jednak miał jedną niewątpliwą zaletę: przez kilka minut było cicho.
I właśnie tutaj zaczyna się temat, o którym mówi się znacznie rzadziej niż o samym ograniczaniu smartfonów. Bo odłożenie telefonu nie sprawia automatycznie, że dzieci zaczną ze sobą rozmawiać, wymyślą świetne zabawy i odkryją na nowo uroki wspólnego spędzania czasu. Jeśli przez kilka lat każda wolna chwila była natychmiast wypełniana ekranem, to po jego zabraniu zostaje po prostu… wolna chwila. A z nią trzeba jeszcze nauczyć się coś zrobić.
Mam wrażenie, że czasem oczekujemy od dzieci dość magicznej przemiany. Wprowadzamy zasadę bez telefonów i wyobrażamy sobie, że następnego dnia szkolny korytarz zacznie przypominać nasze wspomnienia z dzieciństwa: rozmowy, gumy do skakania, kapsle, klasy i przyjaźnie zawierane gdzieś między jedną lekcją a drugą. Tyle że dzisiejsze dzieci wychowywały się w trochę innych warunkach. Dla wielu z nich telefon był najprostszą odpowiedzią na nudę, niezręczność, czekanie, samotność i brak pomysłu. Kiedy go odkładamy, wszystkie te rzeczy nagle stają się widoczne.
I to wcale nie jest powód, żeby z pomysłu rezygnować. Wręcz przeciwnie. To bardzo dobra okazja, żeby nauczyć dzieci czegoś, czego żadna aplikacja za nie nie zrobi: jak być z drugim człowiekiem, kiedy nic specjalnego nie zostało zaplanowane.
Nie zaczynałabym jednak od organizowania każdej przerwy przez dorosłych. Jeśli po zabraniu telefonu nauczyciel natychmiast przejmuje rolę animatora i przez cały dzień proponuje kolejne aktywności, dzieci szybko uczą się jednego: „Kiedy się nudzę, ktoś ma mnie zabawić”. A przecież chcemy osiągnąć coś zupełnie innego. Dać kilka możliwości, stworzyć warunki, pokazać pomysły, a potem stopniowo się wycofać.
W jednej szkole świetnie może zadziałać niewielki koszyk z kartami, gumą do skakania, skakanką, kilkoma prostymi grami, kredą czy piłeczkami sensorycznymi. W innej wystarczą stoliki, przy których można zagrać w dobble, warcaby albo zwykłe kółko i krzyżyk. Nie chodzi o wyposażenie korytarza jak sali zabaw. Kilka prostych rzeczy jest często lepsze niż dwadzieścia atrakcji, bo dzieci zaczynają same wymyślać, co z nimi zrobić.
Bardzo lubię też zabawy, które nie wymagają właściwie niczego. „Państwa-miasta” w wersji dla młodszych, zgadywanki, kalambury, „widzę coś w kolorze…”, proste gry słowne, papier-kamień-nożyce, wymyślanie historii po jednym zdaniu. Kiedy dzieci odkrywają, że można się dobrze bawić bez urządzenia i bez instrukcji na trzy strony, dzieje się coś naprawdę ciekawego. Zaczynają patrzeć na siebie, słuchać, śmiać się z tych samych rzeczy i negocjować zasady.
A właśnie negocjowanie jest jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mogą wydarzyć się podczas takiej przerwy. Kto zaczyna? Kto będzie następny? Czy można zmienić regułę? Co zrobić, kiedy ktoś się obraził? Jak dołączyć do grupy, która już się bawi? Dla nas to drobiazgi, ale z takich drobiazgów składają się kompetencje społeczne. Nie uczymy ich podczas piętnastominutowej pogadanki o współpracy tak skutecznie, jak wtedy, kiedy dzieci naprawdę muszą ze sobą coś ustalić.
Warto również wykorzystać przestrzeń. Jeżeli szkoła ma możliwość wychodzenia na boisko czy dziedziniec podczas przerw, czasem najlepszym rozwiązaniem jest po prostu otworzyć drzwi. Kilka minut ruchu potrafi zrobić więcej dla atmosfery w klasie niż najbardziej kreatywna zabawa na korytarzu. Dzieci potrzebują pobiegać, podskoczyć, przeciągnąć się, zrobić kilka rund wokół boiska i wrócić na lekcję z głową, która miała szansę odetchnąć.
Nie każde dziecko będzie jednak chciało biegać albo uczestniczyć w grupowej zabawie i to też jest ważne. Przerwa bez telefonu nie powinna oznaczać przymusu integracji. Są dzieci, które potrzebują chwili ciszy, książki, układanki albo po prostu siedzenia obok innych bez konieczności prowadzenia rozmowy. Warto więc zadbać również o spokojniejszą przestrzeń, bo „bycie razem” nie zawsze musi wyglądać jak głośna zabawa w dużej grupie.
Szczególnie ciekawy jest początek takiej zmiany. Można wtedy usłyszeć: „Ale co mamy robić?”, wypowiedziane tonem człowieka, któremu właśnie zabrano wszystkie możliwości spędzania wolnego czasu. I naprawdę warto nie odpowiadać natychmiast dziesięcioma propozycjami. Czasem najlepszą odpowiedzią jest: „Nie wiem, pomyślcie”. Pierwsze kilka przerw może być trochę niezręcznych, ale właśnie w tej pustce zaczynają pojawiać się własne pomysły.
Dobrze działa również włączenie dzieci w tworzenie zasad i propozycji. Zamiast przygotować gotową listę, można zapytać klasę, co chciałaby robić podczas przerw bez telefonów. Oczywiście pojawią się pomysły niemożliwe, niebezpieczne i takie, które wymagają hali sportowej, basenu i prawdopodobnie zgody dyrektora, ale pośród nich znajdzie się sporo rzeczy całkiem realnych. Co ważniejsze, dzieci znacznie chętniej korzystają z rozwiązań, które współtworzyły.
Nie demonizowałabym przy tym samych telefonów. To nie jest opowieść o tym, że technologia zabrała dzieciom całe dzieciństwo i teraz musimy je ratować gumą do skakania. Telefony są częścią ich świata i będą w nim obecne. Chodzi raczej o pokazanie, że nie muszą być jedynym sposobem na każdą wolną minutę. Można przez chwilę poczekać bez scrollowania, można zacząć rozmowę, można się ponudzić, można spojrzeć, kto stoi obok.
I właśnie ta ostatnia rzecz wydaje mi się najważniejsza.
Na szkolnym korytarzu bardzo łatwo być wśród ludzi i jednocześnie nie być z nikim. Telefon świetnie wypełnia tę lukę. Kiedy znika, nagle można zauważyć koleżankę stojącą samotnie przy oknie, kolegę, który nie wie, jak dołączyć do zabawy, albo kogoś, z kim nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy, choć od dwóch lat chodzimy do tej samej klasy.
Nie stanie się to oczywiście pierwszego dnia. Dzieci mogą marudzić, nudzić się, testować granice i pytać co trzy minuty, kiedy znowu będą mogły korzystać z telefonu. Z czasem jednak zaczynają powstawać nowe zwyczaje. Ktoś przynosi karty, ktoś organizuje krótką grę, kilku uczniów zaczyna wspólnie rysować, inni chodzą po korytarzu i rozmawiają. Z pozoru nic wielkiego. A jednak właśnie takie zwyczajne sytuacje budują klasę znacznie skuteczniej niż niejedna zaplanowana integracja.
Dlatego kiedy odkładamy telefony, nie zostawiajmy dzieci wyłącznie z zakazem. Zostawmy im trochę przestrzeni, kilka prostych możliwości i przede wszystkim czas, żeby przypomniały sobie, że nuda nie jest awarią, a człowiek stojący obok może być ciekawszy niż kolejny filmik przewinięty kciukiem.
Najlepszym efektem przerwy bez smartfona nie będzie przecież idealna cisza na korytarzu. Być może wręcz przeciwnie. Będzie trochę głośniej, trochę bardziej chaotycznie i na pewno ktoś pokłóci się o zasady gry. Za to po raz pierwszy od dawna może się okazać, że dzieci naprawdę mają ze sobą o czym rozmawiać.
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz