Trzy rzeczy, które naprawdę ułatwiają nauczycielowi start po wakacjach

Pod koniec sierpnia dzieje się coś dziwnego. Jeszcze chwilę wcześniej człowiek potrafił spokojnie wypić kawę, przeczytać książkę bez sprawdzania godziny i żyć bez myślenia o dzienniku elektronicznym, a potem wystarczy jedno spojrzenie na kalendarz i głowa nagle uruchamia tryb: plan pracy, dekoracje, zeszyty, pierwsze lekcje, dokumentacja, zebranie, lista uczniów, materiały, gazetka… najlepiej wszystko przygotować jeszcze przed poniedziałkiem. Z doświadczenia wiem, że taki powrót rzadko kończy się poczuciem, że jesteśmy świetnie przygotowani. Znacznie częściej kończy się pytaniem, dlaczego człowiek jest zmęczony, skoro rok szkolny jeszcze właściwie się nie zaczął.

Dlatego przed wrześniem nie próbuję już „ogarnąć wszystkiego”. Są trzy rzeczy, które naprawdę ułatwiają start i żadna z nich nie wymaga laminowania pięćdziesięciu kart ani siedzenia do północy przy komputerze.

Pierwsza to przygotowanie tylko tego, co naprawdę będzie potrzebne na początku. Nie całego miesiąca, nie wszystkich możliwych scenariuszy i nie planu awaryjnego na każdą godzinę. Wystarczą pierwsze dni, podstawowe materiały i świadomość, co chcę zrobić najpierw. Początek roku i tak potrafi zaskoczyć. Zmieni się sala, pojawi się nowy uczeń, plan lekcji zostanie poprawiony albo drukarka przypomni sobie, że istnieje po to, żeby ćwiczyć nauczycielską cierpliwość. Im mniej rzeczy próbujemy dopiąć na ostatni guzik, tym łatwiej później reagować na to, co rzeczywiście się wydarza.

Druga rzecz to zostawienie sobie miejsca na poznanie klasy, zamiast natychmiastowego ruszania z programem. Uczniowie również wracają po wakacjach. Jedni cieszą się na spotkanie z kolegami, inni potrzebują kilku dni, żeby znów odnaleźć się w szkolnym rytmie, a jeszcze inni przychodzą z emocjami, o których nie powiedzą nam podczas pierwszej lekcji. Kilka spokojniejszych zajęć, rozmowa, wspólne ustalenie zasad czy zwykłe sprawdzenie, jak dzieci funkcjonują po przerwie, nie jest stratą czasu. Wręcz przeciwnie. Dobrze zbudowany początek bardzo często oszczędza później wiele godzin gaszenia drobnych konfliktów i przypominania zasad, które zostały wypowiedziane zbyt szybko, żeby ktokolwiek zdążył je naprawdę usłyszeć.

Trzecia rzecz jest najprostsza i chyba najłatwiejsza do pominięcia: nie zaczynać roku szkolnego na wyczerpanej baterii. Nauczyciel nie musi wrócić do szkoły z klasą wyglądającą jak katalog, teczką pełną nowych pomysłów i energią człowieka, który właśnie ukończył trzy szkolenia z motywacji. Wystarczy wrócić w miarę wypoczętym. Ostatnie dni wakacji naprawdę nie muszą być próbą generalną przed całym rokiem. Dobrze zostawić sobie spacer, spokojny wieczór, książkę, spotkanie z kimś bliskim i trochę czasu, w którym szkoła jeszcze nie zajmuje całej głowy.

Mam wrażenie, że właśnie przed wrześniem łatwo pomylić przygotowanie z przepracowaniem. Chcemy wejść w nowy rok spokojniejsi, więc zaczynamy robić coraz więcej, a efekt bywa dokładnie odwrotny. Tymczasem dobry start rzadko zależy od liczby przygotowanych materiałów. Znacznie bardziej pomaga prosty plan na początek, uważność na uczniów i nauczyciel, który sam nie potrzebuje wakacji już trzeciego dnia września.

Resztę naprawdę można zrobić później. Rok szkolny jest wystarczająco długi, żeby zdążyć również z gazetką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz