„Mamo, a kto mnie odbierze?”
„Ja.”
„Na pewno?”
„Na pewno.”
„A jak zapomnisz?”
I już wiemy, że rozmowa wcale nie dotyczy odbierania ze szkoły. Dziecko po prostu próbuje sprawdzić, czy świat, który za chwilę znowu trochę się zmieni, nadal będzie bezpieczny i przewidywalny. Końcówka wakacji potrafi uruchomić sporo emocji nie tylko u pierwszoklasistów. Nowa klasa, inny nauczyciel, powrót po długiej przerwie, wcześniejsze wstawanie, więcej obowiązków i ponowne wejście w szkolny rytm mogą być trudne również dla dzieci, które szkołę znają już bardzo dobrze. Myślę, że czasem za szybko zakładamy, że skoro dziecko było tam przez kilka lat, to we wrześniu po prostu zakłada plecak i wraca do rzeczywistości. Dorosłym też zdarza się w niedzielny wieczór patrzeć na poniedziałek z umiarkowanym entuzjazmem, a przecież nikt nie każe nam dodatkowo zmieniać sali, nauczyciela i połowy grupy znajomych.
Spokojna adaptacja nie zaczyna się pierwszego września przy szkolnej szatni. Można ją rozpocząć trochę wcześniej, ale bez robienia z ostatnich dni wakacji obozu przygotowawczego. Nie trzeba codziennie przypominać: „Już niedługo szkoła”, bo po piątym takim komunikacie dziecko prawdopodobnie będzie wiedziało o tym aż za dobrze. Znacznie bardziej pomaga delikatny powrót do rytmu dnia. Jeśli przez całe lato zasypianie przesunęło się mocno w stronę wieczoru, dobrze stopniowo przywracać wcześniejsze godziny snu i pobudki. Organizm lubi przewidywalność, a pierwszy szkolny poranek jest wystarczającym wyzwaniem nawet bez pobudki przypominającej nagłe lądowanie w innej strefie czasowej.
Warto też pozwolić dziecku oswoić szkolną codzienność poprzez zwyczajne przygotowania. Wspólne kompletowanie przyborów, podpisywanie zeszytów, wybranie piórnika czy przygotowanie miejsca do odrabiania lekcji daje poczucie wpływu na to, co nadchodzi. Nie chodzi o kupowanie wszystkiego nowego ani tworzenie pokoju jak z katalogu. Dla dziecka znaczenie może mieć drobiazg, na przykład samodzielny wybór okładki zeszytu albo decyzja, co znajdzie się w małej kieszeni plecaka. Im więcej elementów przyszłej sytuacji jest znajomych, tym mniej miejsca pozostaje na niepokój związany z wielką niewiadomą.
Jeśli dziecko rozpoczyna naukę w nowym miejscu, dobrze wcześniej przejść trasę do szkoły, zobaczyć budynek, wejście czy boisko, jeśli jest dostępne. To bardzo prosta rzecz, a potrafi zrobić ogromną różnicę. „Nie wiem, gdzie pójdę” brzmi w dziecięcej głowie znacznie bardziej niepokojąco niż „Byliśmy tam, pamiętam te zielone drzwi”. Przy okazji można porozmawiać o tym, jak będzie wyglądał poranek, kto odprowadzi, gdzie się spotkacie po zajęciach i co zrobić, jeśli coś pójdzie inaczej niż zaplanowano. Dzieci uspokaja nie obietnica, że nic trudnego się nie wydarzy, ale świadomość, że nawet jeśli się wydarzy, wiadomo, co wtedy zrobić.
Bardzo uważałabym natomiast na wszystkie niewinne zdania dorosłych, które miały zmotywować, a przypadkiem zaczynają straszyć. „W szkole już ci na to nie pozwolą”, „Zobaczysz, pani cię nauczy porządku”, „Tam nie będzie czasu na takie marudzenie” brzmią być może jak drobne uwagi, ale trudno po nich oczekiwać, że dziecko z radością pobiegnie pierwszego dnia do miejsca przedstawianego przez całe lato jako zakład poprawczy z tornistrami. Szkoła może mieć zasady i wymagania, a jednocześnie pozostać miejscem, w którym dziecko może czuć się bezpiecznie. Dobrze, kiedy nasze słowa pomagają mu właśnie taki obraz zbudować.
Nie każde dziecko będzie chciało rozmawiać o swoich obawach wprost. Jedno zapyta piętnaście razy, czy nauczycielka będzie miła, drugie zacznie marudzić przy zakupie plecaka, a trzecie oznajmi, że szkoła jest głupia i w ogóle tam nie idzie. Zamiast przekonywać, że „przecież będzie super”, czasem wystarczy przyjąć, że powrót może budzić mieszane uczucia. Można powiedzieć, że rozumie się niepewność, przypomnieć podobną sytuację z poprzedniego roku albo po prostu posłuchać. Dziecko nie potrzebuje zapewnienia, że na pewno pokocha każdy dzień szkoły. Potrzebuje wiedzieć, że może nie być zachwycone i nadal sobie poradzi.
Pierwsze tygodnie warto potraktować trochę łagodniej również po powrocie do domu. Nowy plan, hałas, grupa, zadania, konieczność koncentracji i ciągłe dostosowywanie się do szkolnych zasad zużywają sporo energii. Nic dziwnego, że dziecko, które w szkole funkcjonowało całkiem dobrze, po przekroczeniu progu domu nagle rozpada się z powodu źle podanego kakao. To nie zawsze znak, że w szkole wydarzyło się coś poważnego. Często dopiero w bezpiecznym miejscu puszcza napięcie, które wcześniej trzeba było trzymać w ryzach. Wtedy bardziej niż pytania jedno po drugim przydaje się jedzenie, chwila ciszy, ruch, swobodna zabawa albo zwyczajne nicnierobienie.
Nie spieszyłabym się też z wypełnianiem każdego popołudnia zajęciami dodatkowymi. Wrzesień sam w sobie dostarcza dziecku wielu nowych bodźców, dlatego dobrze najpierw zobaczyć, jak radzi sobie z podstawowym rytmem dnia. Basen, język, trening, instrument i trzy koła zainteresowań brzmią w kalendarzu imponująco, ale dziecko czasem bardziej potrzebuje po lekcjach zdjąć skarpetki, rzucić plecak w kąt i przez godzinę budować coś kompletnie nieedukacyjnego. To także jest potrzebna regeneracja.
Pomocne bywają małe rytuały, szczególnie u młodszych dzieci. Krótkie pożegnanie przed szkołą, ta sama informacja o tym, kto odbiera, wspólne przygotowanie ubrania wieczorem czy kilka spokojnych minut przed snem tworzą stałe punkty w dniu, który poza nimi potrafi być pełen zmian. Warto jednak pamiętać, że rytuał ma dawać poczucie bezpieczeństwa, a nie zamieniać wyjście do szkoły w dwudziestominutową ceremonię pożegnalną. Czasami krótkie „Miłego dnia, widzimy się po obiedzie” pomaga bardziej niż sześć powrotów spod drzwi, trzy przytulenia i sprawdzanie, czy dziecko na pewno nie wygląda smutno.
Adaptacja nie przebiega też według jednego kalendarza. Jedno dziecko pierwszego dnia wejdzie do klasy bez oglądania się za siebie, a po tygodniu zacznie mówić, że nie chce iść. Inne przez kilka poranków będzie potrzebowało więcej wsparcia, a później samo pogoni rodzica, żeby już sobie poszedł. Nie ma sensu porównywać tych reakcji. Warto patrzeć, czy z czasem pojawia się większa swoboda, czy dziecko stopniowo poznaje rytm dnia i czy po trudniejszych chwilach potrafi wrócić do równowagi.
Jeżeli jednak silny lęk utrzymuje się długo, wyraźnie narasta, dziecko regularnie skarży się na dolegliwości przed wyjściem, przestaje spać, jeść, wycofuje się albo codzienny powrót do szkoły staje się dla całej rodziny coraz trudniejszy, wtedy warto porozmawiać z wychowawcą, pedagogiem lub psychologiem szkolnym. Czasem wystarczy drobna zmiana albo wspólne przyjrzenie się temu, co dokładnie sprawia dziecku trudność. Proszenie o wsparcie nie oznacza, że adaptacja się „nie udała”. Oznacza tylko, że konkretnemu dziecku potrzeba trochę więcej pomocy.
Przed rozpoczęciem roku szkolnego nie musimy więc przygotować dziecka na każdą możliwą sytuację. Nie musimy ćwiczyć szkolnego dnia od rana do wieczora ani przekonywać, że będzie cudownie. Możemy za to przywrócić spokojny rytm, trochę oswoić to, co nowe, odpowiedzieć na pytania, nie dokładać własnych lęków i zostawić miejsce na emocje, które pojawią się po drodze.
Bo dobra adaptacja nie polega na tym, że dziecko pierwszego września wchodzi do szkoły bez cienia niepewności. Polega na tym, że nawet z tą niepewnością wie, że ma obok dorosłego, do którego może wrócić i powiedzieć: „Dzisiaj było trudno”.
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz