Jak zwykła gra planszowa uczy kompetencji na całe życie?

 „Nie gram, bo on oszukuje!”

„Nie oszukuję, tylko wygrałem!”

I w tym momencie spokojny rodzinny wieczór z planszówką zaczyna przypominać negocjacje na najwyższym szczeblu. Ktoś przesuwa pionek o jedno pole za daleko, ktoś próbuje zmienić zasady w trakcie rozgrywki, a ktoś inny odkrywa, że przegrana jest doświadczeniem zdecydowanie bardziej dramatycznym, niż przewidywała instrukcja producenta. Patrząc z boku, łatwo pomyśleć, że to tylko zabawa. Tymczasem przy zwykłej planszy dziecko ćwiczy umiejętności, które przydadzą mu się dużo dłużej niż znajomość zasad konkretnej gry.


Najbardziej oczywista jest chyba nauka czekania na swoją kolej, choć każdy, kto grał z kilkulatkiem, wie, że „czekanie” potrafi być zadaniem z kategorii zaawansowanych. Dziecko musi powstrzymać impuls, żeby wykonać ruch od razu, obserwować innych i pamiętać, że za chwilę znowu przyjdzie jego moment. Z czasem zaczyna rozumieć, że uczestniczenie w zabawie oznacza również respektowanie miejsca innych osób. Brzmi banalnie, dopóki nie przypomnimy sobie, jak wiele codziennych sytuacji wymaga dokładnie tego samego: poczekania, wysłuchania kogoś, nieprzerywania i pogodzenia się z tym, że nie zawsze jesteśmy pierwsi.

Planszówki są też świetną szkołą radzenia sobie z emocjami, zwłaszcza tymi mniej wygodnymi. O ile wygrywanie zazwyczaj nie wymaga specjalnego treningu, o tyle przegrana potrafi uruchomić cały repertuar zachowań: od obrażenia się na grę, przez oskarżenie kostki o stronniczość, aż po zdecydowane stwierdzenie, że „ta gra jest głupia”. Właśnie wtedy dziecko ma okazję doświadczyć frustracji w bezpiecznej sytuacji i przekonać się, że można być rozczarowanym, a jednak zostać przy stole, dokończyć rozgrywkę i spróbować jeszcze raz. To nie znaczy, że mamy oczekiwać od małego dziecka idealnego uśmiechu po każdej porażce. Chodzi raczej o stopniowe oswajanie faktu, że nie wszystko zawsze układa się po naszej myśli.

Bardzo dużo dzieje się również w obszarze myślenia. Nawet prosta gra wymaga pamiętania zasad, śledzenia sytuacji na planszy, przewidywania kolejnego ruchu i podejmowania decyzji. Dziecko zaczyna zauważać związki przyczynowo-skutkowe, porównywać możliwości i sprawdzać, czy wybrana strategia rzeczywiście działa. W jednych grach liczy pola, w innych zapamiętuje położenie kart, a jeszcze w innych musi zdecydować, czy bardziej opłaca się wykonać ruch bezpieczny, czy zaryzykować. Wszystko to wygląda jak zabawa, ale dla mózgu jest całkiem porządnym treningiem funkcji, których później potrzebujemy podczas nauki, planowania obowiązków i rozwiązywania codziennych problemów.

Nie mniej ważny jest język. Przy planszy trzeba wyjaśniać, pytać, negocjować, czasem przekonywać innych do swojej interpretacji zasad, a niekiedy również bronić stanowiska z godnością godną zawodowego prawnika. Dzieci uczą się formułować komunikaty, słuchać odpowiedzi i dostosowywać się do rozmówcy. Jeśli gra wymaga współpracy, dochodzi jeszcze wspólne planowanie, dzielenie się pomysłami i podejmowanie decyzji razem, co nie zawsze jest łatwe nawet dla dorosłych.

Planszówka pokazuje również bardzo wyraźnie, że zasady mają sens wtedy, kiedy obowiązują wszystkich. Dziecko może próbować naginać je na swoją korzyść, ale szybko zauważa, że wtedy zabawa przestaje być przyjemna dla innych. To jedna z tych prostych sytuacji, w których można doświadczyć uczciwości, odpowiedzialności i konsekwencji bez długiego wykładu. Jeśli pionek przesunął się o trzy pola, trudno nagle uznać, że jednak było ich pięć tylko dlatego, że na piątym czeka atrakcyjniejsza nagroda.

Wspólne granie daje też coś, czego nie da się zmierzyć żadnym testem: możliwość bycia razem przy jednej czynności. Bez konieczności robienia czegoś spektakularnego, bez wyjazdu i bez kolejnej atrakcji. Przy stole pojawiają się żarty, drobne zaczepki, rozmowy, czasem napięcie, a czasem ogromna radość po udanym ruchu. To właśnie w takich chwilach dzieci uczą się od dorosłych nie tylko zasad gry, ale również sposobu reagowania. Widzą, czy potrafimy przegrać bez marudzenia, czy umiemy pogratulować zwycięzcy i czy traktujemy pomyłkę jak katastrofę, czy po prostu jako część zabawy.

Warto przy tym dobrać grę do wieku i możliwości dziecka. Zbyt trudna szybko zamieni rodzinny wieczór w test cierpliwości, a zbyt łatwa zacznie nudzić po kilku minutach. Dobrze też pamiętać, że dziecko nie musi od początku grać „idealnie”. Czasem trzeba skrócić rozgrywkę, przypomnieć zasady albo zrobić przerwę, zanim emocje osiągną poziom, przy którym pionki zaczynają podejrzanie zbliżać się do krawędzi stołu. Nauka przez zabawę nadal jest nauką, a na nią potrzeba czasu.

Mam szczególną słabość do takich zwyczajnych aktywności, bo pokazują, że rozwój nie zawsze musi wyglądać jak ćwiczenie. Nie trzeba przygotowywać specjalnych materiałów ani tworzyć domowego centrum edukacyjnego. Czasem wystarczy pudełko z grą, kawałek stołu i pół godziny, podczas którego dziecko będzie liczyło, czekało, kombinowało, negocjowało, przegrywało, wygrywało i jeszcze domagało się rewanżu.

I być może właśnie dlatego zwykła planszówka potrafi nauczyć znacznie więcej, niż sugeruje obrazek na pudełku. Pionki wrócą do środka, kostka przestanie się toczyć, a wynik szybko przestanie mieć znaczenie, ale umiejętność czekania, współpracy, przegrywania bez końca świata i podejmowania kolejnej próby zostanie z dzieckiem na dużo dłużej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz