Dlaczego warto pozwolić dziecku robić kanapki?

 „Mogę sam?”

I właśnie w tym momencie dorosły ma przed oczami dwa możliwe scenariusze. W pierwszym dziecko spokojnie smaruje pieczywo, układa ser, dodaje pomidora i z dumą zjada własnoręcznie przygotowaną kanapkę. W drugim masło ląduje na stole, ogórek na podłodze, ser zostaje złożony na pół z powodów znanych wyłącznie autorowi, a kromka chleba wygląda tak, jakby przeszła wyjątkowo ciężki dzień. Nic dziwnego, że czasem szybciej powiedzieć: „Daj, ja zrobię”. Tyle że właśnie wtedy odbieramy dziecku całkiem niezłą lekcję, ukrytą w czymś tak zwyczajnym jak przygotowanie śniadania.

Robienie kanapki wygląda banalnie tylko z perspektywy kogoś, kto robił ich w życiu kilka tysięcy. Dla dziecka to cały ciąg decyzji i czynności, które trzeba zaplanować w odpowiedniej kolejności. Najpierw pieczywo, później coś do smarowania, potem dodatki, a przy okazji trzeba jeszcze pamiętać, że pomidora raczej nie kładziemy pod kromką, choć zapewne i taka wersja doczekałaby się swojego zwolennika. Dziecko ćwiczy organizację działania, pamięć i przewidywanie, a wszystko dzieje się bez kart pracy, instrukcji na trzy strony i komunikatu, że właśnie rozwijamy funkcje wykonawcze.

Bardzo dużo pracy wykonują też dłonie. Trzeba otworzyć opakowanie, wyjąć plaster sera, przytrzymać pieczywo jedną ręką, a drugą rozsmarować serek, ułożyć drobne składniki, złapać kawałek ogórka czy odkręcić pojemnik. To właśnie w takich codziennych czynnościach ćwiczy się precyzja, koordynacja obu rąk, siła chwytu i kontrola ruchu. Czasem martwimy się, że dziecko nie lubi ćwiczeń grafomotorycznych, a ono tymczasem z ogromnym zaangażowaniem próbuje rozprowadzić masło tak, żeby nie zrobić dziury w chlebie. I zapewniam, że dla małych dłoni to wcale nie jest łatwiejsze zadanie.

Kuchnia daje też coś, czego nie zapewni większość gotowych pomocy edukacyjnych: prawdziwy cel. Dziecko nie przenosi plasterka sera dlatego, że dorosły powiedział „teraz ćwiczymy chwyt”. Ono po prostu chce zjeść kanapkę. Ta różnica ma ogromne znaczenie, bo kiedy działanie ma sens, znacznie łatwiej o zaangażowanie, cierpliwość i kolejną próbę. Jeśli ogórek spadnie, można go podnieść. Jeśli kromka się złamie, świat się nie kończy. Jeśli kanapka wygląda trochę podejrzanie, nadal może smakować całkiem dobrze.

Przy okazji pojawia się samodzielność, o której tak dużo mówimy, a czasem tak trudno nam ją naprawdę oddać dziecku. Chcemy przecież, żeby potrafiło zadbać o siebie, podejmowało decyzje i brało odpowiedzialność za proste obowiązki, tylko najlepiej bez rozsypanych okruszków i bez konieczności wycierania stołu. Niestety samodzielność ma pewną irytującą cechę: zanim stanie się wygodna dla dorosłych, przez jakiś czas robi bałagan.

Warto ten etap wytrzymać. Dziecko, które może przygotować sobie prosty posiłek, dostaje bardzo czytelny komunikat: „Ufam ci, potrafisz”. To drobiazg, ale takie drobiazgi składają się później na poczucie sprawczości. Nie budujemy go wielkimi przemowami o wierze w siebie, lecz dziesiątkami małych doświadczeń, w których dziecko coś zrobiło, poradziło sobie i zobaczyło efekt własnego działania.

Kanapka może stać się także całkiem naturalną lekcją języka i matematyki, choć nie ma potrzeby zamieniać śniadania w sprawdzian. Wystarczy rozmowa. Ile potrzebujemy kromek? Co położymy najpierw? Który plaster jest większy? Czy wystarczy sera dla wszystkich? Co trzeba wyjąć z lodówki? Dziecko nazywa produkty, opisuje smaki, porównuje, liczy, planuje i uczy się kolejności. To wszystko wydarza się przy okazji, między „podaj mi pomidora” a „czy mogę dać trzy plasterki sera?”. Oczywiście może. To jego kanapka, nie egzamin praktyczny.

Cennym doświadczeniem jest również kontakt z różnymi zapachami, konsystencjami i smakami. Dzieci, szczególnie te ostrożne wobec nowych produktów, często chętniej je dotykają i oglądają, kiedy mogą samodzielnie przygotować posiłek. Nie oznacza to, że nagle pokochają paprykę tylko dlatego, że miały ją w ręce. Takich cudów nie obiecuję. Mogą jednak oswoić się z produktem bez presji natychmiastowego zjedzenia go, a to już sporo.

Nie trzeba oczywiście przekazywać kilkulatkowi ostrego noża i życzyć powodzenia. Samodzielność zawsze powinna iść w parze z bezpieczeństwem oraz możliwościami konkretnego dziecka. Jedno będzie potrafiło pokroić miękki banan bezpiecznym nożykiem, inne zacznie od smarowania pieczywa i układania gotowych składników. Nie chodzi o to, żeby dziecko zrobiło wszystko samo, tylko żeby robiło tyle, ile naprawdę jest w stanie.

Najtrudniejsze zadanie podczas całej tej kanapkowej przygody często przypada zresztą dorosłemu. Trzeba nie poprawiać. Nie wyrównywać sera. Nie przesuwać ogórka o dwa centymetry, bo „tak będzie lepiej”. Nie przejmować noża po trzech sekundach tylko dlatego, że nam zajęłoby to szybciej. Patrzenie, jak ktoś przez minutę smaruje pół kromki, potrafi być świetnym ćwiczeniem cierpliwości również dla rodzica.

Jeśli więc jutro przy śniadaniu usłyszysz „Ja sam zrobię”, może warto odpowiedzieć: „Dobrze, spróbuj”. Przygotuj składniki, zabezpiecz to, co wymaga pomocy dorosłego, a potem pozwól działać. Stół pewnie będzie wymagał przetarcia, kanapka może nie trafić do kulinarnego albumu, a jeden plasterek sera prawdopodobnie zniknie jeszcze przed rozpoczęciem pracy.

Za to po drugiej stronie tego niewielkiego bałaganu stoi dziecko, które właśnie zrobiło coś naprawdę samodzielnie. I być może właśnie dlatego najważniejszym składnikiem dziecięcej kanapki wcale nie jest ser ani pomidor, tylko to bardzo satysfakcjonujące: „Zrobiłem to sam”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz