– Mogę jeszcze chwilę pobawić się w piasku?
– Jasne.
I właśnie w tym momencie dzieje się coś, czego dzieci zupełnie nie są świadome.
Podczas gdy one budują zamek, przesypują piasek przez palce i szukają idealnych kamyków do ozdobienia fosy, ich dłonie wykonują dziesiątki ruchów, które za kilka miesięcy pomogą im pewniej trzymać ołówek, sprawniej wycinać nożyczkami czy wygodniej zapinać guziki. To jedna z rzeczy, które najbardziej lubię w wakacjach. Dzieci rozwijają się mimochodem. Bez stolika. Bez kart pracy. Bez słów: „Teraz poćwiczymy.” Czasem wystarczy wyjść z domu.
Piasek to chyba najlepsza siłownia dla małych dłoni. Ugniatanie mokrego piasku, przesypywanie go do kubeczków, robienie babek czy kopanie tuneli angażuje niemal wszystkie mięśnie dłoni. A dziecko? Ono jest przekonane, że właśnie buduje największy zamek na plaży.
Podobnie jest z wodą. Przelewanie jej z kubeczka do kubeczka, łowienie kamyków, wyciskanie gąbek czy zabawa małymi konewkami to świetny trening precyzji ruchów. Gdyby nazwać to „ćwiczeniami motoryki małej”, pewnie szybko usłyszelibyśmy protest. Ale nazwane „bitwą na wodne mikstury” nagle staje się najlepszą zabawą dnia.
Uwielbiam też obserwować dzieci zbierające wakacyjne skarby. Patyki, szyszki, muszelki, kamienie, kolorowe liście... Dla dorosłych często są to zwykłe przedmioty. Dla dzieci – kolekcja bezcennych znalezisk. Każdy kamyk trzeba podnieść, obejrzeć, czasem umyć, ułożyć z innymi. To wszystko wymaga precyzji, cierpliwości i dobrej współpracy dłoni z oczami.
A skoro już o kamieniach mowa... Spróbujcie ułożyć z nich wieżę. Ostrzegam tylko, że możecie wciągnąć się bardziej niż dzieci. Każdy kolejny kamień wymaga delikatności, skupienia i odrobiny strategii. Kiedy wieża w końcu się przewróci, najczęściej słychać śmiech, a nie złość. I właśnie o to chodzi.
Jest jeszcze jedna zabawa, którą pamiętam z własnego dzieciństwa. Rysowanie patykiem po piasku. Nie trzeba kupować tablicy ani zeszytu. Wystarczy kawałek plaży albo leśna ścieżka. Powstają mapy skarbów, labirynty, domy dla wróżek, tory dla samochodów i tajemnicze znaki, które rozumieją tylko dzieci. A przy okazji ręka ćwiczy dokładnie te ruchy, które później przydadzą się podczas pisania.
Najpiękniejsze jest jednak to, że dzieci nie myślą wtedy o rozwoju. Nie zastanawiają się, czy właśnie ćwiczą chwyt pęsetkowy albo koordynację wzrokowo-ruchową. Są po prostu pochłonięte zabawą. I chyba właśnie dlatego efekty są tak dobre.
Czasem mam wrażenie, że my, dorośli, za bardzo komplikujemy rozwój dzieci. Szukamy idealnych pomocy, najnowszych gier edukacyjnych i kolejnych ćwiczeń, a tymczasem lato od lat podsuwa nam gotowe rozwiązania. Piasek, woda, patyki, kamienie, szyszki, muszelki... Natura naprawdę wie, co robi.
Dlatego jeśli tego lata zobaczysz dziecko siedzące przez pół godziny przy kałuży, przesypujące piasek z wiaderka do wiaderka albo z wielkim zaangażowaniem układające kamienie jeden na drugim, nie spiesz się z pytaniem: „Nie nudzi ci się?”.
Bardzo możliwe, że właśnie trwa jedna z najlepszych lekcji, jakie mogło dostać.
Tyle że zamiast zeszytu są brudne ręce, zamiast szkolnej ławki – ciepły piasek, a zamiast ćwiczeń... zwyczajna dziecięca radość.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz