„Nikt się ze mną nie bawi”. Co zrobić, kiedy dziecko czuje się odrzucone, a czego nie załatwiać za nie

Mamo, nikt się ze mną dzisiaj nie bawił”. To jedno z tych zdań, po których rodzicowi natychmiast uruchamia się tryb ratunkowy. W głowie pojawia się obraz własnego dziecka stojącego samotnie na szkolnym korytarzu, a chwilę później bardzo konkretna lista osób, do których należałoby zadzwonić, napisać albo przynajmniej zadać kilka zdecydowanych pytań. Trudno się temu dziwić. Kiedy dziecku jest przykro, chcemy jak najszybciej zabrać ten ból, najlepiej jeszcze przed kolacją. Problem polega na tym, że relacji rówieśniczych nie da się naprawić tak samo jak urwanego guzika. Czasem potrzebna jest pomoc dorosłego, ale równie często najcenniejsze okazuje się wsparcie dziecka w tym, żeby samo zaczęło lepiej radzić sobie w grupie.

Zanim zaczniemy działać, dobrze najpierw dowiedzieć się, co właściwie oznacza „nikt”. Dzieci używają tego słowa bardzo szeroko. „Nikt się ze mną nie bawił” może oznaczać, że najlepsza koleżanka wybrała dziś kogoś innego, grupa nie przyjęła pomysłu na zabawę, ktoś odmówił wspólnej gry, a czasem rzeczywiście, że dziecko przez wiele przerw pozostawało samo. Wszystkie te sytuacje mogą boleć, ale wymagają zupełnie innej reakcji. Dlatego zamiast od razu mówić „Jak to nikt?” albo „Jutro porozmawiam z panią”, lepiej spokojnie dopytać: „Co się wydarzyło?”, „Z kim chciałeś się bawić?”, „Co wtedy powiedziałeś?”, „Co zrobiły inne dzieci?”. Nie przesłuchiwać, tylko próbować zobaczyć sytuację oczami dziecka.

Najtrudniejsze bywa powstrzymanie się przed natychmiastowym pocieszaniem. Zdanie „Nie przejmuj się, jutro będzie dobrze” jest wypowiadane z miłości, ale dziecko może usłyszeć w nim coś zupełnie innego: „To, co czujesz, nie jest takie ważne”. Czasem znacznie więcej daje zwykłe „To musiało być przykre” albo „Rozumiem, że chciałeś być z nimi”. Dopiero kiedy emocje trochę opadną, można zastanawiać się nad rozwiązaniem. Dziecko, które czuje się wysłuchane, dużo łatwiej zaczyna myśleć niż takie, które jeszcze próbuje przekonać dorosłego, że naprawdę było mu źle.

Warto również pamiętać, że nie każda odmowa ze strony rówieśników jest odrzuceniem. Dzieci mają prawo czasem chcieć pobawić się w dwójkę, dokończyć rozpoczętą grę albo wybrać kogoś innego. To trudna, ale ważna część życia społecznego. Nie jesteśmy zapraszani wszędzie i nie każda relacja rozwija się tak, jak byśmy chcieli. Zadaniem dorosłego nie jest więc doprowadzenie do sytuacji, w której cała klasa ma obowiązek bawić się z naszym dzieckiem. Znacznie bardziej pomaga nauczenie go, jak reagować na odmowę, jak szukać innego kontaktu i jak próbować ponownie bez poczucia, że jedna nieudana sytuacja oznacza: „Nikt mnie nie lubi”.

Czasem warto bardzo konkretnie przećwiczyć, jak dołączyć do zabawy. Dla dorosłego wydaje się to banalne, ale nie dla każdego dziecka jest oczywiste. Jedno podejdzie i po prostu zapyta: „Mogę z wami?”, inne będzie krążyło obok grupy, próbowało zwrócić na siebie uwagę, zabierało przedmiot albo wchodziło do zabawy w sposób, który pozostałe dzieci odbiorą jako przeszkadzanie. Później wróci do domu z przekonaniem, że zostało odrzucone. W takich sytuacjach bardzo pomaga spokojne odegranie scenki: co można powiedzieć, jak zapytać, jak zaproponować swoją rolę, co zrobić, jeśli usłyszymy „nie”. To nie jest uczenie dziecka sztucznego scenariusza, tylko dawanie mu kilku narzędzi tam, gdzie wcześniej miało właściwie tylko emocje.

Podobnie jest z inicjowaniem kontaktu. Dziecko, które czeka, aż ktoś zawsze zaprosi je pierwszy, może mieć w grupie trudniej niż takie, które potrafi samo zaproponować zabawę. Można więc wspólnie zastanowić się: „Z kim chciałbyś jutro spróbować porozmawiać?” albo „Jaką zabawę mógłbyś zaproponować?”. Czasem łatwiej zacząć od jednej osoby niż próbować wejść od razu do dużej, już zgranej grupy. W przyjaźniach dziecięcych naprawdę nie trzeba mieć dziesięciu kolegów. Jedna dobra relacja może znaczyć znacznie więcej.

Są też dzieci, które bardzo chcą być w grupie, ale nie zauważają, że pewne ich zachowania utrudniają kontakt. Przerywają, zawsze chcą decydować, zmieniają zasady, obrażają się po przegranej, podchodzą zbyt blisko albo nie rozpoznają, że druga osoba ma już dość. To szczególnie delikatny moment dla rodzica, bo łatwo przejść od wsparcia do komunikatu „to przez ciebie”. Tego oczywiście nie potrzebujemy. Można jednak pomóc dziecku przyjrzeć się sytuacji bez obwiniania. „Co zrobiłeś, kiedy oni chcieli zagrać inaczej?”, „Jak myślisz, co wtedy poczuł Kuba?”, „Co mogłoby następnym razem pomóc?”. Uczenie relacji nie polega na przekonywaniu dziecka, że zawsze ma rację, tylko na pokazywaniu, że zachowanie jednej osoby wpływa na pozostałych.

To, czego szczególnie bym unikała, to organizowanie przyjaźni za plecami dziecka. Telefon do mamy koleżanki z prośbą, żeby jej córka „pobawiła się jutro z Zosią, bo Zosi jest przykro”, może przynieść efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego. Dzieci bardzo szybko wyczuwają, kiedy kontakt został zaaranżowany przez dorosłych, a nasze dziecko może poczuć się jeszcze mniej pewnie. Podobnie działa proszenie nauczyciela, żeby „kazał komuś z nim usiąść”, jeśli nie ma ku temu wyraźnej potrzeby. Możemy tworzyć okazje do kontaktu, zaprosić kolegę do domu, zaproponować wspólne wyjście kilku dzieci, ale relacja musi mieć przestrzeń, żeby powstać naprawdę, a nie dlatego, że dorośli ją podpisali i zatwierdzili.

Nie pomaga również ocenianie innych dzieci. „Ona nie jest ciebie warta”, „To są głupie dzieci”, „Znajdziesz sobie lepszych kolegów” daje chwilową ulgę, ale nie uczy radzenia sobie w relacjach. Co więcej, dziecko następnego dnia może z tą samą koleżanką znów siedzieć w jednej ławce i świetnie się bawić, a my zostajemy z własnym wygłoszonym dzień wcześniej aktem oskarżenia. Dziecięce relacje są dynamiczne. Dzisiejsze „już nigdy się do niej nie odezwę” potrafi jutro rano zmienić się w wspólne planowanie zabawy.

Oczywiście są sytuacje, których nie zostawiamy wyłącznie dziecku. Jeżeli samotność powtarza się przez dłuższy czas, dziecko regularnie jest pomijane, wyśmiewane, celowo wykluczane z grupy, inni namawiają się przeciwko niemu albo zaczyna bać się szkoły, wtedy potrzebna jest współpraca dorosłych. Warto porozmawiać z wychowawcą, ale nie zaczynać od żądania znalezienia winnego. Nauczyciel widzi inne fragmenty dnia niż rodzic i może zauważyć, z kim dziecko próbuje nawiązać kontakt, jak reaguje grupa, co dzieje się podczas pracy w parach czy na przerwach. Dopiero po złożeniu tych obserwacji można sensownie zastanawiać się, jak pomóc.

Dobrze odróżniać też zwykłe trudności w relacjach od przemocy rówieśniczej. Jednorazowe „nie chcemy się teraz z tobą bawić” może być przykre, ale nie jest tym samym co powtarzające się, celowe wykluczanie, ośmieszanie czy izolowanie dziecka. Jeżeli zachowania są uporczywe, dziecko znajduje się w słabszej pozycji i ma coraz mniejsze możliwości poradzenia sobie samodzielnie, nie zostawiamy go z radą: „Musisz nauczyć się walczyć o siebie”. Wtedy to dorośli mają obowiązek przerwać sytuację i zadbać o bezpieczeństwo.

Z doświadczenia wiem też, że rodzicom trudno patrzeć, jak dziecko przechodzi przez coś, czego nie mogą za nie naprawić. Najchętniej znaleźlibyśmy mu kolegę, wyjaśnili wszystkim nieporozumienia i upewnili się, że od jutra żadna przerwa nie będzie samotna. Tyle że właśnie w relacjach rówieśniczych dzieci uczą się ogromnie ważnych rzeczy: jak zacząć rozmowę, jak znieść odmowę, jak przeprosić, jak postawić granicę, kiedy odpuścić, komu zaufać i jak rozpoznać, że jakaś znajomość wcale nie jest dla nich dobra. Jeśli za każdym razem wejdziemy pomiędzy nie i świat, odbierzemy im również część tej nauki.

Nasza obecność nadal ma jednak ogromne znaczenie. Dziecko potrzebuje wiedzieć, że może wrócić i powiedzieć: „Dzisiaj znowu byłem sam”, a po drugiej stronie nie usłyszy ani „Musisz być bardziej przebojowy”, ani natychmiastowego „Ja to jutro załatwię”. Najpierw potrzebuje człowieka, który usiądzie obok, wysłucha i pomoże zobaczyć, co można zrobić następnym razem.

Bo kiedy dziecko mówi „Nikt się ze mną nie bawi”, nie zawsze prosi nas, żebyśmy znaleźli mu przyjaciela. Czasem prosi tylko o pomoc w nauczeniu się, jak samemu zrobić pierwszy krok w stronę drugiego człowieka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz