„Czy naprawdę wystarczy kilka minut?” To pytanie słyszę bardzo często. Rodzice chcą wiedzieć, ile czasu powinni poświęcać na ćwiczenia, jakie zadania wykonywać i czy robią wystarczająco dużo, żeby wspierać rozwój swojego dziecka. Mam jednak wrażenie, że w ostatnich latach trochę daliśmy się przekonać, że dobry rodzic powinien nieustannie organizować, motywować i rozwijać. Im więcej zajęć, pomocy edukacyjnych i kreatywnych aktywności, tym lepiej. A przecież rozwój dziecka nie działa jak wyścig, w którym liczy się liczba wykonanych zadań.
Z doświadczenia wiem, że czasem największą wartość ma dziesięć minut, podczas których jesteśmy naprawdę obecni. Nie zerkamy co chwilę na telefon, nie myślimy o obiedzie ani o liście zakupów, tylko poświęcamy dziecku całą swoją uwagę. Takie chwile nie wydają się spektakularne, ale to właśnie one najczęściej zostają w dziecięcej pamięci.
Nie trzeba codziennie przygotowywać wyjątkowych atrakcji. Wspólne przeczytanie kilku stron książki, krótka partia gry w karty, budowanie z klocków czy rozmowa podczas wieczornego spaceru potrafią zrobić więcej niż godzina zajęć, w których dziecko uczestniczy bez większego zaangażowania. Rozwój nie rodzi się z ilości, ale z jakości wspólnie spędzonego czasu.
Bardzo lubię obserwować rodziców, którzy gotują razem z dziećmi. Dla dorosłego to zwykłe przygotowywanie kolacji, dla dziecka prawdziwa przygoda. Trzeba wsypać mąkę, zamieszać ciasto, obrać jajko, pokroić banana, spróbować, czy sos już dobrze smakuje. W tym wszystkim pracują dłonie, oczy, pamięć, koncentracja i planowanie, ale nikt nie mówi o ćwiczeniach. Jest po prostu wspólne działanie.
Podobnie wygląda zwykły spacer. Dla dorosłego to często sposób na złapanie oddechu po całym dniu, a dla dziecka okazja do zadania kilkunastu pytań, znalezienia ślimaka, policzenia kaczek albo zebrania kilku kamieni, które koniecznie trzeba zabrać do domu. Nie potrzeba specjalnych scenariuszy ani edukacyjnych zabaw. Wystarczy pozwolić dziecku zatrzymać się tam, gdzie jego ciekawość podpowiada: „To jest interesujące”.
Nie można też zapominać o rozmowie. Kilka spokojnych minut przed snem, kiedy pytamy nie o oceny czy wykonane obowiązki, ale o to, co dziś najbardziej rozbawiło, zaskoczyło albo ucieszyło, buduje relację znacznie skuteczniej niż kolejne pytanie: „Jak było w szkole?”. Dzieci nie zawsze potrzebują gotowych odpowiedzi. Często bardziej potrzebują poczucia, że ktoś naprawdę chce ich wysłuchać.
Oczywiście są sytuacje, w których dziecko wymaga specjalistycznego wsparcia i wtedy krótka codzienna aktywność nie zastąpi terapii. Może jednak sprawić, że to, czego uczy się podczas zajęć, zacznie naturalnie pojawiać się również w domu. A właśnie codzienność jest miejscem, w którym nowe umiejętności mają największą szansę się utrwalić.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że dzieci nie potrzebują idealnych rodziców ani perfekcyjnie zaplanowanego dnia. Potrzebują dorosłych, którzy potrafią na chwilę zwolnić, usiąść obok i naprawdę pobyć razem. Bo choć dziesięć minut wydaje się niewielką częścią dnia, dla dziecka może oznaczać dokładnie tyle, ile najbardziej zapamięta z całego dzieciństwa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz